Księga Pamięci Węgrowa

Księga Pamięci Węgrowa.

Z hebrajskiego przełożyła Regina Gromacka

 

s. 47

 

Meir Steinberg (Nowy Jork)
W starym bejt ha-midraszu w 1904 roku

Przy jednej z bocznych uliczek znajdował się dziedziniec bóżniczy, a przy nim – nowy bejt ha-midrasz [dosł. dom nauki (hebr.), miejsce studiów i modlitwy – przyp. tłum.], Wielka Synagoga i stary bejt ha-midrasz.

Pośród przewijających się nieustannie przez dziedziniec Żydów, którzy spieszyli do bejt ha-midraszu lub właśnie stamtąd wychodzili, można było dostrzec – a był to codzienny spektakl – pasące się białe kozy, które skubały porosty, oraz dziewczynki z wiadrami w rękach, które przychodziły po wodę z tamtejszej studni.

Pewnego upalnego dnia miesiąca tamuz [miesiąc kalendarza żydowskiego przypadający w czerwcu/lipcu – przyp. tłum.] w ciemnym i chłodnym bejt ha-midraszu siedział sobie wielce uczony reb Jaakow Mendels i nabożnym, melodyjnym głosem czytał Gemarę [tj. Talmud – przyp. tłum.].

Skupiony bez reszty na studiowanej stronicy Gemary oraz Jore dea [kodeks prawa religijnego – przyp. tłum.], zadowolony ze swego losu, oczekiwał nadejścia Mesjasza i tego, by dostąpić udziału w przyszłym świecie. Tym sposobem uwalniał się od wszelkich fizycznych ograniczeń i oddalał od smutnej, ponurej rzeczywistości.

Przy tym samym stole usadowił się Ben-Eliezer, młodziutki uczony, który po obiedzie wstąpił do bejt ha-midraszu, wziął do ręki Gemarę i cichutko, smutnym głosem zaczął studiować słowa: „Rzekł Rawa bar Bar Chana”.

Kilkakrotnie powtórzył ten sam ustęp, ale znać było, że jego myśli błądzą gdzieś daleko… W odróżnieniu od reb Jaakowa bowiem nieobojętne mu było położenie Żydów w kraju i miał rozliczne zarzuty wobec władz, które niesprawiedliwie traktowały żydowskich mieszkańców. I w przeciwieństwie do reb Jaakowa zwyczajnie i po prostu kochał doczesne życie, niewykluczone nawet, że rozmyślał o swej pierwszej miłości…

I oto reb Jaakow Mendels, zatopiony w swoich myślach, przerwał naukę i zagaił:

– Na ulicy z pewnością jest upał, prawda? Tutaj, w bejt ha-midraszu, nie czuje się tego.

– Tak – odparł krótko Ben-Eliezer.

Jednakże reb Jaakow Mendels nie zadowolił się tą krótką odpowiedzią i ciągnął:

– W przyszłym tygodniu przypadnie Sziwa Asar be-Tamuz [całodniowy post 17 dnia miesiąca tamuz – przyp. tłum.] i rozpoczną się „trzy tygodnie” [trzytygodniowy okres żałoby trwający aż do następnego dnia ścisłego postu, Tisza be-Aw – przyp. tłum.].

Młody uczony nic nie odpowiedział na tę uwagę, a reb Jaakow Mendels dodał:

– Czy wiesz, że gdy tylko przeminie Tisza be-Aw [dzień żałoby i postu upamiętniający rocznicę zburzenia Świątyni Jerozolimskiej – przyp. tłum.], skończy się nam lato i nadejdą Straszne Dni? [dziesięć dni pokuty między Nowym Rokiem a Jom Kipur – przyp. tłum.]

– Tak, tak – odrzekł szeptem młodzieniec.

Reb Jaakow Mendels zaś dalej swoje:

– A przecież niedawno był Pesach [święto upamiętniające wyjście izraelskiego ludu z niewoli egipskiej – przyp. tłum.], Szawuot [święto upamiętniające rocznicę nadania Żydom Tory na Synaju – przyp. tłum.] – nadanie Tory…

Na co młodzieniec czujnie zareagował:

– To największy dar, jaki otrzymał nasz naród. Inne ludy odmówiły jego przyjęcia, podczas gdy my przyrzekliśmy: „Uczynimy i usłuchamy”. Skoro tak, dlaczego nas biją i znęcają się nad nami?

Reb Jaakow Mendels odpowiedział z rezygnacją:

– Musimy cierpieć na tym świecie, aby dostąpić tego, że czyści i nieskazitelni wejdziemy do świata przyszłego.

– Czym zgrzeszył szames [woźny w synagodze – przyp. tłum.] z Kiszyniowa, że go przybili gwoździami do świętej arki [szafa w synagodze, w której przechowuje się zwoje Tory – przyp. tłum.]? – zapytał młody uczony.

– Nie zgrzeszył, lecz odkupił winy innych – odrzekł reb Jaakow Mendels.

– Czy to jest sprawiedliwe? – spytał młodzieniec.

Teraz reb Jaakow Mendels gniewa się i pyta:

– Czyżbyś nie znał wersu: „Nie dociekaj tego, co zostało przed tobą ukryte” [cytat z traktatu talmudycznego Chagiga 13a, oparty na wersecie Mądrości Syracha 3, 19 – przyp. tłum.]?

– Jakże to? – upiera się młody człowiek, niemal przestraszony. – Dlaczego uczniowie mogli zadawać pytania tanaitom i amoraitom [tj. mędrcom żydowskim z pierwszych wieków naszej ery – przyp. tłum.], a mnie nie wolno spytać ciebie? Nie na każdą kwestię znajdowano odpowiedź, a czasem rozstrzygano ją, mówiąc, że kiedy Mesjasz przyjdzie, wszystko wyjaśni!

Reb Jaakow Mendels zdenerwował się na dobre, wstał i zaczął przechadzać się wte i wewte, jakby rozmawiał sam z sobą:

– Pozwól mi dokończyć żywota takim, jaki jestem.

Młodzieniec, Ben-Eliezer, o nic więcej nie pytał.

Reb Jaakow Mendels wrócił do swej nauki, odpłynął znów w swoje myśli przy wtórze cichej melodii: „Rzekł Rawa bar Chana, rzekł Rawa bar Chana?…

 

s. 48

 

Jaakow Wiernik (Buenos Aires)
Oko za oko
(Wspomnienia z 1905 roku)

Starszyzna miasta dokładała starań, by korzystając ze świątecznych dni, kiedy ludzie byli nieco odurzeni, rozprawić się ze „strajkującymi wywrotowcami” i w ogóle buntownikami, i przykładnie ich ukarać. Sprzeciwiali się temu członkowie Bundu [Bund – najliczniejsza żydowska partia robotnicza w Polsce – przyp. tłum.], jednakże religijni Żydzi stanowili zdecydowaną większość, mieli więc przewagę.

Bund jednak nie dał za wygraną i przy wsparciu swoich zwolenników w okolicznych miejscowościach, a zwłaszcza w Warszawie, zorganizował akcję odwetową, polegającą na sabotowaniu handlarzy, którzy w dni targowe udawali się do okolicznych miasteczek. Rzucali się na nich i dotkliwie turbowali, nie dając im wystawić towarów.

To samo dotyczyło handlarzy, którzy przybywali do Warszawy, żeby zakupić towar: na ulicy Franciszkańskiej czekali na nich członkowie „ferajny” i zasypywali gradem ciosów.

Aby uniknąć tego losu, jeden z mieszkańców naszego miasta, Mosze Przepiórka (wołano nań Mojsze Kiciuś), wymyślił bardzo sprytną sztuczkę: wyjeżdżając poza miasto, owinął sobie głowę bandażem, przez co sprawiał wrażenie, że raz już został pobity, i w ten sam sposób przyjechał do Warszawy. Sztuczka znakomicie się udała, bo członkowie Bundu go nie tknęli. Widząc, że to działa, Mojsze powtórzył fortel kilkakrotnie, póki członkowie Bundu się nie połapali, a wtedy spuścili mu porządne lanie.

Handlarze przekonali się, że nie zdołają sobie z tym poradzić, więc dogadali się z bundowcami, zapłacili im haracz i ogłoszono zawieszenie broni.

W tamtym okresie Bund zorganizował strajk generalny na znak protestu przeciwko carskiemu reżimowi. Aby strajk mógł się rozlać na wszystkie gałęzie handlu i wszystkie warstwy społeczne, młodzi bundowcy krążyli po mieście, gasili piece w piekarniach i nie dopuszczali do otwierania sklepów. Przyjechała kawaleria carskiej armii i nakazała otworzyć interesy, ale nauczeni doświadczeniem handlarze posłuchali członków Bundu i przez wszystkie trzy dni strajku sklepy pozostały zamknięte.

Pesach Czapow (Buenos Aires)
Dom ojca

Ze wszystkich serc, które chłonęły kulturę i obyczaje naszego miasta, dobywa się bolesny krzyk: niechaj wszyscy synowie i córki Węgrowa poznają ową wielkość moralną, która osunęła się w otchłań wraz z unicestwieniem żydowskiego życia żydowskiego w naszym miasteczku.

Pozwolę sobie przywołać we wspomnieniach błogosławionej pamięci mego ojca reb Dawida Welwela i matkę Czernę Czapow.

Ojciec mój zwykł był opowiadać, że będąc dzieckiem, wspinał się po murach bóżnicy. W tamtych czasach dzieci bały się wdrapywać na strych starego bejt ha-midraszu, powszechnie bowiem sądzono, że skrywa się tam coś potwornego, budzącego strach nawet wśród dorosłych!…

Moi rodzice mieszkali w oddalonej o około dziesięciu wiorst od Węgrowa wiosce i jedynie w Straszne Dni [dziesięć dni pokuty między Rosz ha-Szana a Jom Kipur – przyp. tłum.] przybywaliśmy do miasta; po przyjeździe zatrzymywaliśmy się u siostry mojego ojca.

W pierwszy dzień Rosz ha-Szana [Nowy Rok, przypadający zazwyczaj we wrześniu – przyp. tłum.] szliśmy wczesnym rankiem na modlitwę do bóżnicy. Modły prowadzone przez kantorów z żarem i głęboką wiarą przenikały na wskroś nasze serca. Do dziś nie umiem zapomnieć smutku i bólu tamtych dni, odbijających się echem w każdej modlitwie. W przededniu święta ojciec zabierał nas do łaźni, a potem przywdziewaliśmy nowe ubrania i pod wieczór udawaliśmy się do bóżnicy. Z zachwytem oglądałem każdy szczegół: sześć okrągłych kolumn, na których opierał się strop, ścianę wschodnią z aron ha-kodesz [święta szafa w synagodze, w której przechowuje się zwoje Tory – przyp. tłum.], malowidło przedstawiające Lewiatana [Mityczny potwór morski – przyp. tłum.], siedmioramienny złoty lichtarz i płonące w nim świece, dwa lwy podtrzymujące Tablice Przymierza [tablice z Dziesięciorgiem Przykazań – przyp. tłum.] i koronę nad świętą szafą – wszystko to zniewalało nasze serca. Ale przede wszystkim wryło mi się w pamięć odmawianie modlitwy Kol nidrej [dosł. „Wszystkie ślubowania” – przyp. tłum.] w wieczór Jom Kipur [Dzień Przebłagania – przyp. tłum.]. Kto raz słyszał te modlitwy, przepojone łzami i błaganiem, nigdy ich nie zapomni.

Znałem też inne pobliskie miasta i miejscowości, ale wydaje mi się, że moje miasteczko Węgrów wyróżniało się pośród nich wszystkich ze względu na swój typowo żydowski, mający wieloletnią tradycję sposób życia, poczynając od „świętych sprzętów”, a kończąc na instrumentach muzycznych i dowcipnisiach, którzy słynęli z kunsztu muzycznego i poczucia humoru.

W naszym mieście rozwijały się wszelkie odmiany rzemiosła skórzanego; byli tam krawcy, szewcy, stolarze i kapelusznicy. Nazywano ich „tandeciarzami”, a oni jeździli po okolicy i sprzedawali swoje wyroby na każdym targu. Lepiej od nich usytuowani byli tzw. „botnikes”, mistrzowscy w swoim fachu skrybowie, którzy swój towar rozprowadzali nawet w odległych stronach.

Mieliśmy tam u siebie miejscowych wybitnych kantorów. I chasydów, będących zwolennikami najróżniejszych cadyków – rebego z Otwocka, Góry Kalwarii, Garwolina i Radzymina. Wśród wszystkich tych Żydów mało kto był niewykształconym prostakiem. Pamiętam pewnego woźnicę, na którego wołano Tuwja Julek. W każdy szabat modlił się w pierwszym rzędzie, koło pulpitu do czytania Tory, a po południu recytował psalmy wszystkim zgromadzonym w nowym bejt ha-midraszu; po zakończeniu szabatu, kiedy wracał do pracy i zbierał pasażerów, żeby odwieźć ich na stację kolejową w Łochowie, przybierał

 

s. 49

 

zupełnie inną postać. Zdarzało się, że jeśli któryś z pasażerów się spóźniał, Tuwja gwizdał tak mocno, że słychać go było w całym mieście, a jego gwizd docierał do uszu spóźnialskiego. Nawet to potrafił…

Chciałbym jeszcze napomknąć o paru zwyczajach mojego ojca, przy czym wspomnienia z mego najwcześniejszego dzieciństwa jawią mi się wyraźnie, jakby to się wydarzyło tuż przed chwilą.

Działo się to mniej więcej przed 65 laty, kiedy mój ojciec parał się krawiectwem, handlem wełną, dzierżawieniem sadów od Polaków, skupowaniem zboża i tak dalej. Na szabat zarzynało się kurę, czasem nawet cielę; mama piekła chałki i ciasta, z okazji szabatu szykowała różne przysmaki.

Przez nasz dom zawsze przewijało się dużo gości. Tak zwany cheder [hebr. „izba”, tj. elementarna szkółka żydowska – przyp. tłum.], w którym uczyły się również dzieci z pobliskich wiosek, funkcjonował właśnie u nas w domu – podobnie jak bóżnica. Mój ojciec był doskonałym recytatorem, prowadził zawsze modlitwę musaf [dodatkowa modlitwa odmawiana w szabat po porannych modłach – przyp. tłum.]. Powszechnie uważano, że nasz dom jest najważniejszym miejscem dla Żydów z okolicznych wsi.

Trzy tygodnie przed świętem Pesach [święto upamiętniające wyjście izraelskiego ludu z niewoli egipskiej – przyp. tłum.] ojciec jeździł do miasta, żeby zemleć mąkę na macę. Byliśmy pierwsi w kolejce do specjalnego pieca do wypiekania macy, a ojciec własnoręcznie ją nakłuwał, bo nie wszyscy umieli to robić.

Wodę potrzebną do wypieku macy („naszą wodę”) dostarczano poprzedniej nocy ze źródła albo rzeczki, w nowych, starannie przykrytych wiadrach. Wszyscy sąsiedzi pomagali w rozwałkowywaniu ciasta na macę, wznosili toasty i składali sobie życzenia „koszernego Pesach”.

Przez cały okres świąt – oprócz ostatniego dnia Pesach – w naszym domu nie wolno było kruszyć macy ani jej maczać ze względu na zakaz dotyczący kwaszonych produktów.

Przed Sukot [Święto Szałasów, upamiętniające czterdziestoletnią tułaczkę Izraelitów po pustyni – przyp. tłum.] mój błp. ojciec zawczasu zaopatrywał się w etrog [cytron wchodzący w skład świątecznego bukietu na Sukot – przyp. tłum.] i lulaw [świąteczny bukiet używany podczas Sukot – przyp. tłum.], ponieważ szczególnie upodobał sobie to święto.

W Szmini Aceret [ósmy dzień święta Sukot, w którym kończy się roczny cykl czytania Tory – przyp. tłum.] o zmierzchu, przed modlitwą wieczorną, zasiadano razem z błp. rabbim Icie Meirem, żeby studiować Torę, ale z powodu jego licznych komentarzy zazwyczaj udawało się przerobić tylko pół parszy [tygodniowa „porcja” Tory przeznaczona do publicznego czytania – przyp. tłum.]. Na stole stał samowar, z którego popijano herbatę.

Po wieczornych modłach wyruszało się na procesję, w której – zgodnie z przyjętym zwyczajem – uczestniczyły też kobiety i dzieci, niosąc swoje chorągiewki. Panowała wielka radość. Wznoszono toasty, życząc sobie dobrego roku. W czasie czytania z Tory mój ojciec wchodził na podium, co z roku na rok było dlań coraz większym wyzwaniem.

Nazajutrz, po modlitwie, wszyscy odmawiali kidusz [modlitwa odmawiana nad kielichem wina – przyp. tłum.] i zasiadali do uczty w naszym domu. Mama przygotowywała posiłek wedle wszelkich reguł tego święta: plecione chałki, pyszne ryby, kiszona kapusta, na którą ze względu na przyjemny smak mówiono „kapusta jak Radość Tory”, pierogi z mięsem. Zgodnie ze zwyczajem mężczyźni wyciągali przysmaki z pieca, zanim kobiety je zobaczyły, wznosili toasty, pijąc mocną gorzałkę i piwo. Dziękczynne błogosławieństwo za pokarmy odkładano na wieczór, ponieważ przez cały dzień trwały odwiedziny i każda gospodyni częstowała gości swoimi przysmakami, w każdym domu odbywały się wspólne śpiewy, radości nie było końca. Tak wyglądało życie towarzyskie mojego błp. ojca aż do drugiej wojny światowej, kiedy to naziści brutalnie unicestwili życie Żydów polskich i w ogóle Żydów w Europie.

Rynek w Węgrowie (fot. Efraim Przepiórka, 1936)

 

s. 50

 

Błp. Mosze Kaspi (Raanana, Izrael)
Postaci z czasów I wojny światowej

Synagoga węgrowska ocalała dzięki dzieciom, które uczą się Tory [nawiązanie do fragmentu Talmudu babilońskiego, Szabat 119b: „Świat istnieje tylko dzięki oddechom dzieci, które uczą się Tory pod kierunkiem nauczycieli”].

Było to w 1915 roku, w miesiącach letnich. Niemcy stanęli kilka kilometrów na południowy zachód od Węgrowa, a Rosjanie zamierzali się wycofać. Trwały walki o miasto. Specjalna policja nakazała mieszkańcom schronić się w miarę bezpiecznych miejscach, jednym z nich była Wielka Synagoga. Pomimo ostrzału kilkaset rodzin, zwłaszcza mieszkańcy drewnianych chat, starcy, kobiety i dzieci, zabrawszy z sobą niezbędny dobytek, ruszyli więc do bóżnicy. Na placu koło bóżnicy panowało wielkie poruszenie. Niemcy z daleka zauważyli to zbiegowisko, zapewne wzięli ogromny budynek za obiekt wojskowy, bo wysłali samolot na zwiady i szykowali się do zbombardowania „twierdzy”.

Ale widocznie piloci dostrzegli wypisane złoconymi literami Tablice Przymierza [tj. tablice z Dziesięciorgiem Przykazań – przyp. tłum.] na szczycie dachu, po zachodniej i wschodniej stronie, widzieli też tłoczące się przed budynkiem kobiety i dzieci z tobołkami. Zdali sobie sprawę, że to tylko miejsce schronienia, i dlatego oszczędzili bóżnicę i zgromadzonych w niej ludzi.

Awramcie Szojchet (Cukerman), niech Bóg pomści jego krew

Żyd miłujący Torę, łagodnego charakteru, miał piękny głos i talent muzyczny. Zwolennik chasydów z Parysowa, który jednak nie zamykał się w ciasnych ramach sztybla [sztybel (jid.), chasydzka bóżnica i zarazem dom nauki – przyp. tłum.]. Był człowiekiem popularnym, lubianym przez społeczność. Większa część mieszkańców Węgrowa z utęsknieniem wyglądała Strasznych Dni [dziesięć dni pokuty między Nowym Rokiem a Jom Kipur – przyp. tłum.], żeby móc posłuchać jego przepięknych kantylacji i cudownych melodii w Wielkiej Synagodze, gdzie prowadził świąteczne modlitwy w Rosz ha-Szana [Nowy Rok – przyp. tłum.] i Jom Kipur [Dzień Przebłagania – przyp. tłum.], przeważnie wyśpiewując modlitwę Kol nidrej [dosł. „Wszystkie ślubowania” – przyp. tłum.]. Oprócz jego własnych synów, którzy go wspomagali, wielu młodzieńców obdarzonych pięknymi głosami poczytywało sobie za wielki zaszczyt to, że mieli sposobność asystować Awramcie Szojchetowi w prowadzeniu modłów.

Swoje modlitwy oczywiście ciągnął bardzo długo. Ale to zupełnie nie przeszkadzało modlącej się publiczności. Jedynym człowiekiem, który niecierpliwił się podczas modłów, był Szatensztajn.

Szatensztajn, właściciel młynów w Węgrowie

Przywiązany do tradycji Żyd, skłaniający się ku asymilacji, właściciel dużego młyna obsługującego Węgrów i okolice. Człowiek zamożny, ojciec zasymilowanych synów. W święta i w Straszne Dni zjawiał się na modlitwach w Wielkiej Synagodze, być może ze względu na swoją żonę, która była kobietą bardzo pobożną, a do tego nadzwyczaj życzliwą ludziom. Chociaż był bogaczem i jednym z miejscowych dostojników, w bóżnicy zajmował skromne miejsce koło drzwi przy zachodniej ścianie i modlił się „nadzwyczaj rzeczowo”. I tak na przykład, kiedy prowadzący modły wyśpiewywał: „I wszyscy wierzymy, że tylko i wyłącznie On”, a wszyscy wierni jak zahipnotyzowani upajali się duchowością chwili, pragnąc, by modlitwa trwała w nieskończoność – jeden Szatensztajn był odmiennego zdania. Otóż w czasie gdy prowadzący przeciągle zawodził: „I wszyscy wierzymy, że”, zanim doszedł do: „tylko i wyłącznie On”, Szatensztajn niecierpliwie wtrącał, i to bynajmniej nie szeptem, lecz na cały głos: „jest Królem królów i Jego jest królestwo”. Tym sposobem, na przekór podniosłemu nastrojowi, sprowadzał rozmodloną publiczność na ziemię. I chociaż nikt spośród zgromadzonych nie ośmielał się upomnieć go za takie zachowanie wobec prowadzącego modły, to jednak krzywym okiem spoglądano na tego rodzaju zakłócenia.

Młyn Szatensztajna i most nad rzeką Liwiec (fot. E. Przepiórka, sierpień 1939)

 

s. 51

 

Josef Liść – syjonistyczny kaznodzieja

Awramcie Szojchet, pobożny Żyd, który z oddaniem służył Bogu, nie należał do grona tych, którzy przeciwstawiali się syjonizmowi. W tamtym czasie wiele osób jego pokroju zwalczało syjonistyczne idee, ale nie Awramcie. On akurat brał udział we wszystkich syjonistycznych przedsięwzięciach.

Pamiętam, że kiedy świat żydowski dowiedział się o Deklaracji Balfoura [Deklaracja Balfoura, list wysłany 2 XI 1917 r. przez brytyjskiego ministra spraw zagranicznych lorda Arthura Jamesa Balfoura do barona Waltera Rothschilda. Zawierał deklarację poparcia brytyjskiego rządu dla idei utworzenia w Palestynie „żydowskiej siedziby narodowej”, co w 1948 r. doprowadziło do powstania Państwa Izrael – przyp. tłum.] i każda społeczność w diasporze informowała podczas wiecu o tym radosnym wydarzeniu, w Węgrowie również syjoniści zorganizowali zgromadzenie i syjonistyczni przywódcy ze specjalnego podium przy bóżnicy obwieścili nowinę dnia. Pamiętam też początek przemówienia pana Josefa Liścia: „Jakże szczęśliwe jest to pokolenie” („Jakże szczęśliwe jest to pokolenie, które dostąpiło wybawienia”). Pod koniec swego wystąpienia zwrócił się do zgromadzonych z apelem, by wsparli materialnie Erec Israel i wpłacali datki. Po oficjalnych przemówieniach ludzie zaczęli ofiarowywać rozmaitą biżuterię, srebrną i złotą, a także gotówkę. (Tym razem nie chodziło o żadnego złotego cielca, lecz o najświętszą Świątynię…) Działo się to w zwykły dzień tygodnia, na szabat zaś zapowiedziano uroczyste modły w Wielkiej Synagodze, ze śpiewaniem hymnów pochwalnych na cześć tego historycznego wydarzenia. Pamiętam treść ogłoszenia: „Wszystkich wiernych z Węgrowa uprasza się o tłumne przybycie w szabat do Wielkiej Synagogi na uroczyste nabożeństwo (wzywa nas szofar Mesjasza), z udziałem prowadzącego modły, Awramcie Szojcheta”.

Nabożeństwo to miało nadzwyczaj uroczysty charakter. Hymny pochwalne śpiewane przez Awramcie w tamten zwyczajny szabat wywarły duży wpływ na nastawienie zgromadzonych do syjonizmu.

Awramcie był więc jednym z anonimowych syjonistów, niech będzie błogosławiona jego pamięć!

Tuwja Julek (Freeman)
W dni powszednie woźnica, w soboty i święta – prowadzący modły w bóżnicy

Żyd, właściciel wozu, a właściwie powozu, uwielbiany przez dzieci, poczciwy i zawsze w dobrym humorze. Lubił jednak droczyć się ze swoimi klientami. Kursował między Węgrowem i Sokołowem Podlaskim, jeździł też do stacji kolejowej w Łochowie. Nieraz przystawał w połowie drogi, schodził z kozła i strzelając z bata w powietrzu, oznajmiał, że dalej nie jedzie. Tym sposobem chciał dać nauczkę swoim klientom, którzy przeważnie dali się zwabić przez zaniżoną cenę, bo wiadomo, że każdy właściciel „powozu” chciał zdobyć jak najwięcej pasażerów. Tę sztuczkę stosował także i Tuwja, ale tylko kiedy wystawał na rynku w Węgrowie, natomiast będąc w drodze, liczył już pełną taryfę. Lecz mimo to nie rezygnowano z jazdy z nim, bo tak samo jak potrafił zdenerwować swoich pasażerów, tak też wiedział, jak ich rozbawić i rozśmieszyć. Ponadto potrafił rozmawiać ze swoją kobyłką tak, jakby gadał z człowiekiem, naśladował też różne zwierzęta, stworzenia i ptaki. Czasami, gdy był akurat w dobrym humorze, jego usta zmieniały się w istne zoo. Mógłby bez trudu swoim głosem konkurować z kogutem, psem czy kotem.

Stary bejt ha-midrasz był niedużym budynkiem, solidnie zbudowanym. Grubość murów dochodziła do pół metra. Przy oknach znajdowały się żelazne okiennice, które – jak wieść gminna niesie – sprowadzono z Warszawy nie żadnym pojazdem, targając na plecach. Wygląda na to, że wtedy jeszcze nie było regularnego połączenia między Warszawą a Węgrowem (odległość około 80 km). Cały budynek z zewnątrz nie robił specjalnego wrażenia, z wyjątkiem południowej ściany, którą od zewnątrz podpierały masywne filary. Ściana południowa wyglądała imponująco, jakby była częścią potężnej twierdzy. Jak powiadają, tę część bejt ha-midraszu wsparto kilkaset lat później, po tym jak budynek już stał na fundamentach, ale od strony południowej zaczął się zapadać. To przedsięwzięcie nie tylko ocaliło cały budynek, ale sprawiło, że zmienił się w solidną fortecę. I rzeczywiście, pamiętam, że w czasie I wojny światowej zarówno stary bejt ha-midrasz, jak i bóżnica służyły za miejsce schronienia dla mieszkańców tych okolic, kiedy toczyły się walki o miasto (szacowano, że budynek przetrwał około 800 lat). A we wnętrzu zawsze tętniło życie, dzień i noc, w święta i inne uroczystości; zawsze dochodziły stamtąd odgłosy modłów i studiowania, dzień w dzień od bladego świtu dom ten był już pełen światła i życia. W upalne letnie dni panujący w środku chłód dawał ludziom orzeźwienie. Zimą rozkoszowali się przyjemnym ciepłem, które roztaczał wokół wielki kaflowy piec. Jednakże każdy bejt ha-midrasz ma swój los. Nowy bejt ha-midrasz nie miał takiego szczęścia jak stary.

Nowy bejt ha-midrasz był budynkiem kilkakrotnie obszerniejszym od starego bejt ha-midraszu i po części też wyższym, ale był notorycznie zaniedbywany. Nie było takiej chwili, żeby w oknach wszystkie szyby były całe. Nawet drzwi nigdy się nie domykały jak trzeba. Dach również płakał gorzkimi łzami cieknącymi przez sufit podczas deszczu, błagając o litość, żeby go naprawić. A ziejące pustką wnętrze zdawało się krzyczeć z każdego kąta, bo w tym bejt ha-midraszu nie modlono się regularnie ani też nie ustalono pory studiowania Tory. Od czasu do czasu jednak w budynku odbywały się partyjne wiece, które niemal zawsze kończyły się rękoczynami. W czasie I wojny światowej część budynku służyła za tymczasowe koszary dla ciągnącego przez miasto wojska. Ponadto poczesne miejsce w tym budynku zajmowały biura pomocowe i kuchnia ludowa dla uchodźców oraz miejscowych biedaków.

Galeria dla kobiet na pierwszym piętrze służyła też za pomieszczenie szkolne i salę prelekcyjną. Ale żadna z tych instytucji nie gościła długo w tym budynku i nie mogła go uchronić od pustki. Do „dobroczyńców” pragnących tchnąć nieco życia w ten bejt ha-midrasz, żeby nie stał opustoszały, należał także nasz bohater, Tuwja Julek, który śpiewał tenorem, mocnym i donośnym, a do tego lubił prowadzić modły, znalazł więc sobie w tym bejt ha-midraszu właściwe miejsce.

W soboty rano (zwłaszcza w okresie letnim), kiedy wszyscy rozkoszowali się szabasowym odpoczynkiem, nie spiesząc się ze wstawaniem z łóżka o tak wczesnej porze, z bejt ha-midraszu dobywały się głosy modlących się ludzi, a nad wszystkimi górował głos Tuwii śpiewającego „Bóg jest panem wszelkich czynów”. I podczas gdy wierni gromadzili się na szabatowej modlitwie w Wielkiej Synagodze, ci, którzy modlili się w nowym bejt ha-midraszu, już z niego wychodzili, z Tuwją na czele. I nieraz Tuwja drażnił się swoim mocnym głosem z Iciem Jankielem, głównym gabajem [gabaj (hebr.), administrator i skarbnik w synagodze – przyp. tłum.] bóżnicy, tymi słowy: „Icie Jankielu! Ty dopiero teraz człapiesz na modlitwę, a ja już idę pałaszować kugel”. Zarówno oni dwaj, jak i całe święte zgromadzenie, czy to z bóżnicy, czy z bejt ha-midraszu, byli porządnymi Żydami i dobrymi ludźmi. Niech będzie błogosławiona ich pamięć.

 

s. 52

 

Jaakow Chmielarz (Tel Awiw)
Był sobie Węgrów – lecz go już nie ma

Podstawy bytu Żydów z Węgrowa w okresie międzywojennym wyglądały podobnie jak w innych miasteczkach w Polsce: drobni kupcy i sklepikarze, rzemieślnicy i wolne zawody.

Po I wojnie światowej znaczące miejsce, jeśli idzie o żydowskie rzemiosło, zajmowało garbarstwo. Niektóre garbarnie zatrudniały nawet robotników najemnych, dając w ten sposób utrzymanie kilku rodzinom.

Drugie miejsce zajmowało futrzarstwo; także stolarstwem trudniło się około stu robotników. Produkty pochodzące z tych branż zyskały renomę w całej Polsce i był na nie popyt nawet w stolicy – Warszawie.

Węgrów słynął w szczególności z dziewiarstwa: setki kobiet i dziewcząt pracowały do późna w nocy, a ich wyroby rozprowadzane były w całym kraju.

W sferze życia religijnego Węgrów nie odstawał, w tamtym okresie, od innych miejscowości. Oprócz wielkiej i słynnej synagogi funkcjonowały tam bejt ha-midrasze, wszelkiego rodzaju „sztyble [sztybel (jid.), chasydzka bóżnica i zarazem dom nauki – przyp. tłum.]”, jesziwy i zwyczajne bractwa, w których studiowano Gemarę [tj. Talmud – przyp. tłum.] wspólnie i w pojedynkę. Była także bóżnica krawców.

Spośród szkół warto wspomnieć o szkole Bejt Jaakow dla dziewcząt, Talmud-Tora dla chłopców, o szkole Tarbutu, a także rozmaitych kursach nauki czytania i pisania.

W sektorze publiczno-gospodarczym wyróżniały się instytucje pomocowe i żydowskie banki: Bank Spółdzielczy, Bank Kupców, Bractwo Dobroczynne, Stowarzyszenie Rzemieślników, bractwa Linat ha-Cedek i Bikur Cholim oraz TOZ [Towarzystwo Ochrony Zdrowia – przyp. tłum.].

Wśród partii politycznych za najprężniej działającą uchodziła Poalej Syjon-Lewica. Założyła sobie własną siedzibę – Dom Borochowa – z salą teatralną, w której odbywały się przedstawienia; z założonej przez nią biblioteki korzystały setki czytelników w każdym wieku. Partia prowadziła szeroko zakrojoną działalność społeczno-polityczno-kulturalną. Organizowała kursy wieczorowe dla robotników, towarzystwo przyjaźni na rzecz ludu pracującego w Palestynie, kierowała różnymi stowarzyszeniami zawodowymi i założyła spółdzielnię stolarską zatrudniającą około 20 robotników.

Pod auspicjami partii działał znakomicie zorganizowany klub sportowy „Gwiazda”, a w nim różne sekcje, pośród których prym wiodła sekcja piłki nożnej. Istniało też dobrze funkcjonujące koło dramatyczne, które wystawiło przedstawienia, takie jak: „Dybuk”, „Za naszą wiarę”, „Tewje Mleczarz”, „Sznur pereł” i inne.

Organizacja o nazwie Jugnt (jid. Młodzież) prowadziła szeroko zakrojoną działalność kulturalną, organizowała wieczorowe kursy czytania i pisania, zajęcia na temat historii ludu Izraela, ekonomii i polityki, problemów Palestyny, a także wszelkiego rodzaju pogadanki polityczne. Jugnt urządzała również wycieczki do sąsiednich miejscowości i uczestniczyła we wszystkich organizowanych przez partię akcjach, a także założyła własne kółko dramatyczne.

W wyborach do rady miejskiej w roku bodaj 1930 partia Poalej Syjon-Lewica zapewniła sobie największą liczbę przedstawicieli spośród ludności żydowskiej. W radzie miejskiej Węgrowa zasiadało wtedy sześciu radnych żydowskich i jeden kierownik wydziału.

Dzieci ze szkoły Bejt Jaakow dla dziewcząt, ze swoją nauczycielką (zginęły z rąk hitlerowców w 1942 roku)

 

s. 53

 

Również Bund zajmował ważne miejsce wśród żydowskiej klasy robotniczej. Prowadził działalność polityczną na wszystkich polach, organizował związki zawodowe i założył spółdzielnię spożywczą (przy ulicy Berka Joselewicza).

Przy Bundzie działał klub sportowy Morgn Sztern (jid. Gwiazda Poranna), którego trenerzy urządzali pokazy przy różnych okazjach, na wszelkiego rodzaju imprezach i uroczystościach Bundu. Partia ta założyła ruch młodzieżowy Cukunft (jid. Przyszłość) i ruch dziecięcy SKIF [Socjalistiszer Kinder Farband (jid.), Socjalistyczny Związek Dzieci – przyp. tłum.].

W ostatnich wyborach do rady miejskiej Bund zdobył cztery miejsca w radzie miejskiej.

Partia Poalej Syjon-Prawica też cieszyła się popularnością wśród węgrowskich Żydów, zarówno robotników, jak i ludzi wolnych zawodów. Partia ta prowadziła własną działalność polityczną i społeczną, nastawioną na wspieranie robotniczej Palestyny, organizowała punkty szkoleniowe dla pionierów i zajmowała się pozyskiwaniem funduszy dla Keren Kajemet le-Israel [Żydowski Fundusz Narodowy (hebr.), powołany w 1901 r. w celu kupowania i zagospodarowywania gruntów w Ziemi Izraela – przyp. tłum.] oraz innych fundacji. Członkowie tej partii przyczynili się do umocnienia związków zawodowych w mieście i zorganizowali klub sportowy Ha-Poel (hebr. Robotnik), w którym najbardziej wyróżniała się sekcja piłki nożnej. Założyli też kółka dramatyczne oraz ruch młodzieżowy Frejhejt (jid. Wolność), który uczestniczył we wszystkich akcjach tej partii.

Duży wpływ na młodzież szkolną miał ruch młodzieżowy Ha-Szomer ha-Cair [Młody Strażnik (hebr.), Syjonistyczna organizacja skautowa, założona w 1911 r. we Lwowie, jej oddziały lokalne zwane były po hebrajsku kinim, czyli gniazdami – przyp. tłum.]. Najbardziej przyciągał młodzież charakterystyczny dla tego ruchu skautowski strój. Organizowali oni mnóstwo wycieczek, ale ich działalność miała na celu głównie wychowanie młodzieży i przysposobienie jej do życia w kibucu w Palestynie. I rzeczywiście wielu mieszkańców naszego miasta wyemigrowało po przeszkoleniu do Ziemi Izraela i zostało przyjętych do różnych kibuców. Podczas zajęć w „gnieździe” młodzi ludzie śpiewali pieśni z Ziemi Izraela i z zapałem tańczyli horę.

Szczególnie godne uwagi były organizowane przez Ha-Szomer ha-Cair uroczystości z okazji święta Lag ba-Omer, podczas których jego adepci, w mundurkach i z chorągiewkami, maszerowali ulicami przy wtórze hebrajskich pieśni aż do położonego kilka kilometrów za miastem lasu.

Partia Komunistyczna była nielegalna, działała zatem adekwatnie do sytuacji. Żydowscy komuniści jakoś tam współpracowali z polskimi. Prowadzili swoje akcje na polach i w lasach, poza miastem, i często nachodziła ich policja. Partia ta organizowała zbiórki pieniędzy na rzecz więźniów politycznych, kolportowała materiały propagandowe oraz organizowała pochody i demonstracje ze swoimi czerwonymi flagami. Komuniści często trafiali do aresztu i skazywano ich na długie lata więzienia.

Oprócz wyżej wymienionych partii działały też w Węgrowie inne organizacje, takie jak He-Chaluc, rewizjoniści, Ogólni Syjoniści, fołkiści (ruch ludowy), Mizrachi i Agudat Israel.

Warto podkreślić, że żydowskie życie społeczne w Węgrowie nieustannie się rozwijało.

W pierwszych dniach II wojny światowej polskie władze wydały nakaz, by wszyscy mężczyźni opuścili Warszawę. Z braku transportu musieli to uczynić pieszo. U nas pierwszą ofiarą wojny był pewien warszawiak, którego zranił pocisk, kiedy przebywał w ogrodzie. Przybywali do nas również uchodźcy z Wyszkowa, Pułtuska, Przasnysza i innych miast położonych niedaleko granicy niemieckiej. Ludność żydowska przyjęła ich serdecznie, każda rodzina gościła u siebie uchodźców.

Żydzi z Węgrowa z narażeniem życia wyruszali w nocy na drogi, żeby zbierać rannych, których przynosili do miasta i przekazywali pod opiekę lekarską TOZ-u; zmarłych zanosili i grzebali na żydowskim cmentarzu.

Kiedy do Węgrowa wkroczyli Niemcy, zebrali na rynku całą ludność żydowską i dali im pierwszą lekcję „dyscypliny”. Niemieckiego księdza [przed końcem 1939 r. burmistrzem został Władysław Okulus, miejscowy aktywista społeczny – przyp. red.] mianowali burmistrzem i tak wyglądał początek Zagłady. Zaczęli wyłapywać Żydów do przymusowych robót, a ci, którzy z nich wracali, byli pobici i mieli obcięte brody. Żeby nie wpaść w łapy Niemców, ludzie ukrywali się w piwnicach i na strychach. Ze swojej kryjówki słyszałem żydowski śpiew. Kiedy zerknąłem przez szczeliny, zobaczyłem dwudziestoosobową grupę brodatych Żydów – ustawieni w kolumnie parami, z miotłami na ramionach, popędzani przez Niemców, którzy kazali im śpiewać. Jednym z pędzonych na roboty był Herszel Bondi, skryba o przepięknym głosie, znany jako dobry kantor. Wszyscy prosili go, żeby zaśpiewał, a jego pieśń „Niech nadejdzie już odkupienie…” przypadła Niemcom do gustu. Wyciągnęli go z kolumny i ustawili na czele maszerujących. I tak sunęli ci ludzie, ze śpiewem na ustach, bici przez Niemców, aż dotarli do domu, w którym przebywali oficerowie. Tam nakazano Żydom pozamiatać podwórze i ulicę oraz pozbierać śmieci gołymi rękami. Po zakończeniu tej pracy ponownie ustawiono ich w kolumnie i znów przy wtórze pieśni oraz morderczych ciosów pognano w inne miejsce do takiej samej roboty. Serce ściskało się z bólu; z zaciśniętymi pięściami oglądałem ten horrendalny spektakl.

Życie w mieście zmieniło się w koszmar. Przed piekarniami ustawiały się długie kolejki, żeby zdobyć kawałek chleba. Tylko kobiety i dzieci miały na tyle odwagi, by stanąć w kolejce, ponieważ mężczyźni bali się wychodzić na ulicę. Przy każdej piekarni ustawiono niemieckich żołnierzy do pilnowania porządku i straszny los czekał tego, kto odważył się przesunąć czy obrócić się, stojąc w kolejce.

Podczas bombardowania miasta polskie wojsko znalazło schronienie w bejt ha-midraszach, bo były to najsolidniejsze budynki w mieście; słoma, która tam pozostała po ucieczce Polaków, posłużyła Niemcom do rozniecenia ognia. Polali ją naftą i podpalili, żeby spalić bejt ha-midrasz. Nie zważając na płomienie i wściekłą strzelaninę Niemców, Żydzi wbiegali do bóżnicy z wiadrami wody, aż zdołali ugasić ogień.

Innym godnym odnotowania czynem było ratowanie setek Żydów przed niemieckimi katami, kiedy tysiące więźniów w wojskowych mundurach lub po cywilnemu zamknięto w obozie koncentracyjnym w Węgrowie [w rzeczywistości w Węgrowie nie było obozu koncentracyjnego – przyp. red.]; panował tam straszny ścisk, więc Żydzi poprosili o pozwolenie na dostarczanie wody pitnej więźniom. Po otrzymaniu zgody przywozili do obozu beczkę z wodą, a gdy wynosili pustą beczkę, przyłączało się do nich kilku więźniów. Tym, którzy mieli wojskowe mundury, dostarczyli cywilne ubrania i tym sposobem węgrowscy Żydzi wyprowadzili z obozu koncentracyjnego w Węgrowie kilkuset Żydów pojmanych przez Niemców na różne sposoby.

W Rosz ha-Szana [Nowy Rok, przypadający zazwyczaj we wrześniu – przyp. tłum.] tamtego roku zebrało się w moim domu paru Żydów, żeby utworzyć minjan [kworum 10 mężczyzn niezbędne do odprawienia publicznych modłów – przyp. tłum.] i odprawić modły. Zaraz po rozpoczęciu modlitwy rozległo się znane pukanie do drzwi i do środka wtargnęli Niemcy o gębach ziejących wściekłością i żądzą mordu. Komu się udało, ten zbiegł, a pozostałych zabrano na

 

s. 54

 

Pochód w święto Lag ba-Omer w 1930 r., zorganizowany przez członków Ha-Szomer ha-Cair i He-Chaluc na ulicach Węgrowa, w drodze do Lasu Jarnickiego (fot. Szpilman)

roboty przymusowe. Następnego dnia ludzie ci wrócili z oszpeconymi twarzami. Jedni z połową brody, inni z jednym pejsem – w zależności od bestialskiego widzimisię niemieckiego żołnierza, który ich tak potraktował.

*

Nagle rozeszła się pogłoska, że do Węgrowa zbliża się Armia Czerwona. Promień nadziei rozbłysnął w sercach Żydów. Partie polityczne zaczęły po cichu przygotowywać uroczystości powitalne na cześć mającego wkroczyć do miasta wojska. Działacze Poalej Syjon-Lewica opracowali przemówienie, w którym między innymi była mowa o konieczności ustanowienia socjalistycznego państwa żydowskiego w Palestynie.

Tymczasem polscy bandyci wykorzystali okazję i złupili resztę żydowskiego mienia ze sklepów i domów. Po całym dniu rozróby i mordowania oraz po nocy błąkania się i horrorów, nazajutrz rano ujrzałem radziecki pojazd wojskowy, który patrolował puste ulice miasta. Jakaś ukryta i niezrozumiała siła kazała mi wyjść z ukrycia. Podbiegłem truchtem do pojazdu opancerzonego i zapytałem kierowcę: Kiedy wejdzie rosyjskie wojsko? Odpowiedział mi: jutro.

Przez kilka godzin miasto pozostawało bez żadnej władzy, a polskie bandziory usiłowały korzystać z okazji, żeby zagrabić ostatnie resztki z żydowskich sklepów. Jednakże żydowscy i polscy robotnicy zorganizowali wspólnie samoobronę i z bronią w ręku rozpędzili bandytów.

Żydzi zaczęli wychodzić ze swoich kryjówek na ulice, wyczekując przez kilka godzin nadejścia rosyjskiego wojska.

I tu czekała nasze miasto przykra niespodzianka. Zgodnie z porozumieniem politycznym miało ono przypaść w udziale władzom niemieckim, wrócił więc niemiecki komendant.

Żydzi znów rzucili się do swoich kryjówek, ale młodzi mężczyźni z czerwonymi wstążkami na broni, którzy nie ukryli się na czas, zostali aresztowani. Niemcy natychmiast usunęli z ratusza czerwoną flagę, lecz oficerom Armii Czerwonej, którzy nadal przebywali w drugiej części miasta od strony Sokołowa Podlaskiego, udało się więźniów uwolnić. Oczywiście większość ocalałych żydowskich mieszkańców spakowała tobołki i wyruszyła na długą tułaczkę. Po wielu tygodniach dotarli do Rosji.

*

W 1946 r. Żydzi z Węgrowa zaczęli wracać z Rosji. Każdy z nich nosił w sercu obraz rodzinnego miasta i nikłą nadzieję, że być może odnajdzie tam któregoś ze swoich bliskich i drogich, być może znów wejdzie do swojego domu, z którego został brutalnie wypędzony.

Niestety ogrom katastrofy przerósł wszystko, co mogłaby podsunąć wyobraźnia, i wszystko, o czym słyszeliśmy w dalekich stronach i czemu nie dawaliśmy wiary – okazało się

 

s. 55

 

rzeczywistością. Niemcom udało się, z pomocą miejscowych antysemitów, wymordować wszystkich Żydów. Odnaleźli wszystkie najgłębsze i najtajniejsze kryjówki, nie było ani jednego miejsca, w którym Żyd mógłby się schronić i uniknąć okrutnej śmierci.

Okazało się, że nasze miasto jest wyludnione i puste. Serce ściskało się z bólu. Na ulicach i w zaułkach, gdzie dawniej wesoło dźwięczały głosy ludu Izraela, panowała głucha cisza. Ruiny zburzonych domów budziły przerażenie i grozę, dobywało się z nich echo unicestwionego życia…

Gdziekolwiek mieszkali Żydzi, ich życie splatało się z życiem chrześcijan. Nie ma dziś już przedstawicieli Żydów w radzie miasta, nie ma żydowskich działaczy, nie ma żydowskiej wspólnoty… Pozostało jedynie parę fotografii brodatych i pejsatych Żydów o smutnych żydowskich oczach, które spoczywają w drewnianej skrzyni w piwnicach ratusza. Tyle zostało z żydowskiego Węgrowa.


Matitjahu Mandelbaum (Tel Awiw)
Czyniąc sprawiedliwość i dobro

(Pamięci reb Josla Motelsa)

Pierwszą ofiarą I wojny światowej (1914–1918) w Węgrowie był Josl Motels (Josef ben Motel Mandelbojm).

W żydowskim miasteczku panował zwyczaj, by dla odróżnienia każdemu dodawać imię ojca lub jakiś przydomek (pseudonim).

Josef Mandelbojm zaliczał się do grona szacownych mieszkańców Węgrowa. Zawsze interesował się sytuacją materialną żydowskich mieszkańców miasta i w razie potrzeby służył im pomocą. Był jednym z pierwszych założycieli Kasy Oszczędnościowo-Pożyczkowej w Węgrowie. Z jej funduszy skorzystały setki kupców, handlarzy, rzemieślników itd., którzy dzięki pożyczce w wysokości 200 rubli, mogli rozwinąć własny interes lub warsztat.

W dowód uznania dla jego powszechnie znanej działalności publicznej, został wybrany na przedstawiciela delegacji Żydów polskich do Dumy, która udała się do Petersburga i Moskwy. W delegacji wzięli też udział rabin z Sokołowa Podlaskiego, rabin z Aleksandrowa i słynny bankier Szarszewski z Warszawy.

Był pierwszym w Węgrowie, który w nowoczesny sposób rozwinął przemysł skórzany, i pierwszym, który rozpoczął produkcję skór do podeszew. Po nim zajęli się tym także inni.

Dzięki jego energii i inicjatywie przemysł skórzany w Węgrowie rozwijał się i kwitł. Fabryki naszego miasta wysyłały swoje wyroby do Warszawy, a stamtąd sprowadzały surowce.

Nie zważając na wzajemną konkurencję, Josl Motels pomagał też innym – radą i czynem – by mogli zająć się eksportem podeszew. Miał dobre serce i hojną rękę, wspomagał dobroczynnie wszystkich drobnych kupców. Kto wszedł głodny do jego domu, wychodził syty. Także jego żona Chana, córka Nachmana Gerbera, działała na tym polu ramię w ramię ze swym mężem. Każdy ubogi, chory czy po prostu przygnębiony znajdował pomoc i wsparcie w ich pełnym ciepła i serdeczności domu.

Los sprawił, że za swoje dobre uczynki nie doczekał się stosownej nagrody. Ostatniej nocy, gdy rosyjskie wojsko wycofywało się z Polski, jakiś Kozak wtargnął do jego domu i zranił go szablą w rękę i głowę. Ciężko ranny, wił się w straszliwym bólu przez kilka tygodni, zanim umarł w męczarniach.

Jego liczna rodzina została wymordowana przez Niemców w czasie II wojny światowej.

Zima (koło budynku gimnazjum)

 

s. 56

 

s. 57

 

Zagłada

 

s. 59

 

Cwi Celniker (Kfar Ata, Izrael)
W przededniu Zagłady

To było tuż przed wrześniem. Przepiękny letni czas, za dnia świeciło słońce, wieczory były rześkie i przyjemne. U Jekutiela Millera, który mieszkał w domu Zająca, zbierali się znajomi, słuchali radia i prowadzili dyskusje polityczne, dowodząc, że do wojny nie dojdzie i że Polska nie boi się Niemiec. Kłóciliśmy się tak noc w noc. Aż nadszedł pierwszy września.

Wielu dostało już powołanie do wojska, ale wciąż nie wierzyli, że wojna nieuchronnie nadeszła. Jednakże dwa dni później, kiedy pierwsza bomba spadła na Węgrów, zaczęła się straszliwa katastrofa. W mieście wybuchła panika: wszyscy, od najstarszych do najmłodszych, wybiegali z domów, każdy rzucał się w inną stronę, żeby szukać schronienia przed niebezpieczeństwem; my pognaliśmy na cmentarz, inni na pola. Tamtej nocy przybyli do Węgrowa uchodźcy z Wyszkowa, Pułtuska, Radzynia, Myszyńca, Makowa i innych miejscowości. Komitet złożony z przedstawicieli różnych partii zajmował się rozlokowaniem uchodźców i niemal każde węgrowskie domostwo przyjęło do siebie jakąś rodzinę.

Równocześnie organizowały się grupy ludzi, którzy postanowili opuścić miasto. Byłem jednym z pierwszych, którzy uciekli przed nadejściem morderców. W naszej grupie byli bracia Orleńscy, Srebrnykamień, Michał Warszniter i inni. Ponieważ z powodu bombardowań nie można się było w dzień poruszać po drogach, szliśmy w nocy. Do Siedlec dotarliśmy przez Mokobody. Po drodze natrafiliśmy na tobołki z dobytkiem porzucone przez uchodźców, którzy nie zdołali ich udźwignąć. Nikt nie zwracał uwagi na to porzucone mienie, wszyscy szukali tylko chleba, który trudno było zdobyć. Bomby i kule sypały się na głowy idących ludzi. W ten sposób dotarliśmy do Mord, miasteczka leżącego za Siedlcami. Miasteczko było już mocno zbombardowane, wszędzie szalały pożary. W tych okolicznościach nasza grupa się rozpadła, moi towarzysze się rozproszyli. Nie wiedziałem, co robić ani gdzie ich szukać. Postanowiłem wrócić do Węgrowa. Po drodze napotkałem wieśniaka z furą i końmi, dojechałem z nim do Siedlec. Stamtąd poszedłem pieszo i dotarłem do Węgrowa w przededniu Rosz ha-Szana [Nowy Rok, w 1939 r. przypadał 14-15 września – przyp. tłum.]. Żydów nie było już widać na ulicach. Po cichu i w ukryciu przygotowywali się do święta, odprawiając potajemnie modły. Lokatorzy naszego domu modlili się w u Chaima Jęczmienia, bo jego dom stał na uboczu, nie ściągając na siebie uwagi.

W mieście szaleli już Niemcy, bili ludzi, mordowali i zapędzali do pracy przymusowej.

Tymczasem rozeszły się pogłoski, że Armia Czerwona jest już w Sokołowie Podlaskim i że wkroczy też do Węgrowa. Ale zamiast tego wycofała się na wschodni brzeg Bugu. Duża część ludności rzuciła się w kierunku Sokołowa i ja pobiegłem z nimi. Dotarliśmy aż do Białegostoku; tam spotkali się ludzie z naszego miasta, z których wielu niestety wróciło do Węgrowa. Później wywieziono nas na Syberię, gdzie również utrzymywaliśmy kontakty i pomagaliśmy sobie nawzajem.

*

Hołubiliśmy w sercach nadzieję, że po powrocie do Węgrowa odnajdziemy nasze rodziny, przyjaciół i znajomych. Kiedy jednak wróciliśmy do miasta, zastaliśmy okrutną rzeczywistość. Żydowskie ulice całkowicie zniknęły, pozostały tylko ruiny dawnych domów i sklepów. Trudno było się zorientować, gdzie znajdował się dziedziniec, przy którym stały synagoga i bejt ha-midrasz, a także inne należące do Żydów budynki. Wszystko zostało zniszczone i starte z powierzchni ziemi.

Zgodnie z tym, co nam opowiedziano, Polacy odkryli bunkier, w którym ukrywało się dwudziestu pięciu Żydów. Gestapo, któremu doniesiono o tej kryjówce, kazało im wyjść na zewnątrz, a ponieważ stawili opór, Niemcy podłożyli ładunki wybuchowe i wysadzili dom w powietrze razem z dwudziestoma pięcioma ofiarami, które odmówiły wyjścia na śmierć czekającą ich z rąk Niemców.

W miejscu, gdzie stał ten dom, polskie władze wzniosły pomnik upamiętniający poległych bohaterów, ale wyryto na nim tylko imiona bohaterów chrześcijańskich – nie ma tam ani jednego żydowskiego nazwiska!

…Szczególnie ciężkie były dla mnie wieczorne godziny, gdy robiło się ciemno. Wtedy przypominali mi się wszyscy moi bliscy – rodzice, siostry, bracia i przyjaciele. Jakbym na własne uszy słyszał ich gorzki płacz i ostatni krzyk, wznoszący się po same niebiosa i rozbrzmiewający od krańca miasta do krańca.

Nie mogłem znieść widoku miasta, w którym całe żydowskie mienie przeszło – bezprawnie i niesprawiedliwie – w ręce pomocników zbrodniarzy. U progu każdego niegdyś żydowskiego sklepu natykałem się na chrześcijanina, który go przejął.

Nie pozostało mi nic innego, jak tylko opłakać gorącymi łzami stosy popiołów po moich braciach i ich dobytku i ze spuszczoną głową opuścić to miasto…

 

s. 60

 

Malka Wajsbloch (Petach Tikwa, Izrael)
Obóz koncentracyjny [prawdopodobnie był to rodzaj przejściowego obozu pracy dla przesiedleńców]

Krwiożercze wojska Hitlera zaczęły zalewać polskie miasta i miasteczka, docierając także do Węgrowa. Życie w miasteczku zmieniło się w istne piekło.

Razem ze zwycięskimi oddziałami zaczęli napływać do miasteczka uchodźcy ze wszystkich sąsiednich miast, ranni i poturbowani, młodzi i starzy, dzieci, którym poginęli rodzice i rodzice szukający swych dzieci. Wygląd miasta zmienił się nie do poznania. Ulice zaroiły się od ciżby, powietrze wypełniły płacz i krzyki. Mój ojciec Awraham Josef i mój brat Reuwen w ciągu jednej nocy rozlokowali 215 uchodźców, zapewniając im kwatery i żywność. Pomogli im w tym wyrwani ze snu ludzie, a ponadto wyważono zaryglowane drzwi do mieszkań, których właściciele akurat wtedy przebywali na wywczasach.

Rozporządzenie, które jest świadectwem tego, że niemieckie władze zezwoliły na oficjalny rabunek w pierwszych dniach okupacji

Niemcy założyli obóz koncentracyjny i uwięzili w nim Żydów z Siedlec, Sokołowa Podlaskiego, Kosowa Lackiego i innych miast; pozrywali im nakrycia głowy, trzymali ich pod ścisłym nadzorem, pilnowani byli przez psy i uzbrojonych Niemców. Działo się to w wigilię Jom Kipur [Dzień Przebłagania – przyp. tłum.].

W naszym domu napełniono koszyk żywnością, wsunięto mi go do rąk i posłano na plac, gdzie więzieni byli uchodźcy. Do dziś pamiętam twarze tamtych nieszczęśników i zdaje mi się, że słyszę ich płacz i krzyki. Nie mogłam wejść do obozu, bo Niemcy go pilnowali i przepędzali każdego, kto się do niego zbliżył. Stałam i czekałam, a kiedy jeden ze strażników rzucił się na jakieś dziecko, które głośno krzyczało, weszłam do obozu. Natychmiast otoczyli mnie mężczyźni i kobiety i w mgnieniu oka rozchwycili całe jedzenie, jakie przyniosłam w koszyku. Uwięzieni prosili mnie o dostarczenie nakryć na głowę, płaszczy i dokumentów, żeby mogli się ratować. Tymczasem usiłowali zebrać trochę słomy, żeby urządzić sobie posłanie na noc. Ale Niemcy polali wszystko wodą i kazali tym nieszczęsnym ludziom położyć się na mokrej ziemi.

Kiedy wyszłam z obozu, przyłączyło się do mnie dwóch mężczyzn. Po tym jak uszliśmy kawałek drogi, otwarto do nas ogień. Udało nam się schronić między drzewami. Gdy strzelanina ustała, wróciłam do domu, przekazując im przedtem nasz adres. (Obydwaj przebywali u nas potem przez sześć tygodni).

W drodze powrotnej do domu, spotkałam rabina, który zawodził rzewnym głosem, żeby piec [chleb] w Jom Kipur, bo taki był nakaz Niemców.

Następnego dnia, w Jom Kipur, poszłam ze swoim bratem Reuwenem zanieść odzież, którą zebraliśmy dla uwięzionych. Po drodze widzieliśmy poturbowanego rabina. Następnego dnia, wcześnie rano, mojemu ojcu udało się przekazać uchodźcom jeszcze jedną paczkę z odzieżą. Tego samego dnia wywieziono ich z naszego miasta. Niektórzy uchodźcy próbowali ratować się ucieczką przez nasze podwórko. Stojąc w oknie, słyszałam wrzaski esesmanów, którzy ścigali uciekinierów. Ze strachu przed szalejącymi Niemcami jedna z sąsiadek wskazała na nasz dom. Widząc to, podniosłam krzyk i był to sygnał ostrzegawczy dla mężczyzn, którzy pobiegli schować się na strych. Mordercy wtargnęli do naszego domu, a ponieważ zastali tylko mnie i malutką córeczkę mojej siostry, zapytali mnie wygrażając bronią, gdzie ukryłam uchodźców. Przeszukali dom, po wyjściu na dwór strzelili kilka razy w powietrze. Mój brat, który ukrył się na strychu, sądził, że strzelali do mnie i wyszedł z kryjówki. Esesmani, biorąc brata za jednego z uchodźców, natychmiast go pojmali i zapędzili na plac, gdzie byli już inni ludzie z naszego miasta. Kazali im tańczyć, bić się nawzajem i zbierać gołymi rękami śmieci. Kiedy wszyscy byli zajęci pracą, mój brat zdołał się wymknąć i dotarł do TOZ-u [Towarzystwo Ochrony Zdrowia – przyp. tłum.].

Tylko cudem udało mi się razem z moją siostrą Belcią, jej mężem i córeczką przedostać się przez granicę do Rosji. Aż do 1942 roku utrzymywaliśmy listowny kontakt z rodziną.

*

W 1945 roku, kiedy wojna się skończyła, otrzymaliśmy od adwokata Krajewskiego straszne wieści. Pisał nam, że przez pewien czas pozostawał w kontakcie z naszą rodziną, która początkowo ukrywała się na strychu ratusza

 

s. 61

 

a później w kościele. Kiedy Niemcy odkryli kryjówkę, przenieśli się na chrześcijański cmentarz i tam ukrywali się przez parę miesięcy w jakimś grobowcu, bez jedzenia. Odkryły ich tam chrześcijańskie dzieci i doniosły żandarmom. Uciekli pod ostrzałem na pole, w miejsce gdzie stała stodoła. Tam został zabity mój ojciec, a dwaj bracia zdołali uciec na niemiecki cmentarz, gdzie ukrywali się dzięki pomocy kolegi ze szkolnych czasów. Jakiś pastuch ze swoim stadem, na którego się przypadkiem natknęli niedaleko stamtąd, zauważył ich i natychmiast sprowadził Niemców. Było to tuż przed wyzwoleniem miasta. Niemcy zamordowali resztki ludu Izraela spośród mieszkańców naszego miasta, a wśród nich ostatniego z naszej rodziny.

Rotsztajn (Buenos Aires)
Wspólna mogiła

Trzydzieści dni przed całkowitą zagładą Żydów w Węgrowie, od najstarszych po najmłodszych, w mieście wybuchła panika; spodziewano się tej fatalnej chwili wymordowania pozostałych jeszcze przy życiu braci i sióstr. Ludzie biegali jak szaleni, szukając schronienia w okolicznych wioskach.

Przyjechałem do Węgrowa z Grębkowa i nie zastałem żywej duszy na ulicy. Gdy wszedłem do domu swojej teściowej, pakowała właśnie dobytek przed ucieczką na wieś. Poszedłem do Judenratu mieszczącego się w nowym bejt ha-midraszu. W pobliżu bóżnicy zastałem tłum przygotowanych do wyjazdu do Ostrowi Mazowieckiej, gdzie znajdowała się siedziba gestapo i gdzie miano założyć obóz pracy. Ludzie wierzyli, że kto zdoła dostać się tam do pracy, ten nie zostanie wysłany do Treblinki. Pośród tych, którzy gotowi byli do wyjazdu, znajdowały się osoby zamożne: dwaj synowie Mordechaja Zejmana, Natan Ornsztajn i inni.

Węgrów, 22 IX [19]42

W wigilię Jom Kipur [Dzień Przebłagania – przyp. tłum.] przybył komendant Treblinki i oznajmił, że Węgrowowi nic się nie stanie. Tego samego dnia przyszedł też inspektor pracy i zażądał wysłania 300 osób na roboty.

Przed modlitwą Kol nidrej [Dosł. „Wszystkie ślubowania”, modlitwa poprzedzająca modły wieczorne w przededniu Jom Kipur – przyp. tłum.] odwiedziłem przewodniczącego Judenratu, M. Zejmana. Gdy przywitałem się z nim, jak zwykle, powiedział mi, że jest już po wszystkim. Po Kol nidrej wszyscy rozeszli się do swoich domów. Kiedy wróciłem do domu, zastałem krewnego mojej żony, Josefa Laufera. Rozmawialiśmy o sytuacji w mieście; powiedział mi, że Żydzi mają 200 pistoletów i są gotowi się bronić. Pożegnaliśmy się i wyszedł z naszego domu.

Wczesnym rankiem zbudziła mnie siostra, mówiąc, że całe miasto jest otoczone przez Niemców i Ukraińców. Poszedłem do Judenratu wybadać, co się dzieje. Po drodze spotkałem wracających już stamtąd ludzi, którzy poinformowali mnie, że Żydom kazano zebrać się na rynku, ale każdy, kto tylko miał taką możliwość – schował się w jakiejś kryjówce. Ja i moja licząca trzydzieści pięć osób rodzina zrobiliśmy to samo. Jako ostatni wdrapałem się na strych, najpierw robiąc bałagan w domu, żeby wyglądało, że nikogo już tam nie ma. Na strychu rozrzucone były trociny, co tłumiło nasze kroki. Przez szpary między deskami mogliśmy obserwować to, co działo się na dole. Na strych było jeszcze jedno wejście z pokoju, w którym mieszkał zięć Morgenszterna, z niemowlęciem i małą dziewczynką. Mieszkali tam również moi rodzice i brat ze swoją rodziną i dołączyła do nich jeszcze jedna rodzina jakichś kuzynów.

Przyjrzałem się drugiemu wejściu na strych, przeszedłem tamtędy i zastałem zięcia Morgenszterna z malutkim dzieckiem. Na pytanie, czy i on zostawił bałagan w swoim domu, odpowiedział, że nawet nie zrzucił ze stołu krzesła, po którym wspiął się na górę. Gdy tylko skończył mówić, w drzwiach wejściowych pojawił się karabin, a za nim głowa polskiego policjanta. Błyskawicznie wycofałem się do naszej części strychu i zamknąłem ściankę działową. Usłyszałem polecenie policjanta: „Złazić!”. Zięć Morgenszterna z niemowlęciem i dziewczynką zeszli. Policjant powiedział, że nikogo więcej nie ma, Ukrainiec oddał jeszcze kilka strzałów i poszli.

Była godzina dziesiąta rano. Przez szpary widziałem Ukraińców ścigających kobietę z dzieckiem. Strzelali do niej, zabili ją koło naszego domu. Cały czas słychać było strzały, a ludzi pędzono na rynek.

Od godziny 12.00 do 14.00 była cisza. Od godziny 14.00 do wieczora znowu trwała strzelanina i znów ścigano ludzi, żeby ich zagonić na rynek. Wieczorem zrobiło się cicho. Ukrywający się Żydzi schodzili ze strychów w poszukiwaniu jedzenia. Od nas nikt nie zszedł, bo mieliśmy trochę żywności.

To było we wtorek rano. Tego dnia mordercy sprowadzili wozy, na które załadowano kobiety, starców i dzieci i wywieziono do Treblinki. Mężczyźni gnani byli pieszo, a gdy ktoś próbował uciec, rozstrzeliwano go na miejscu. Tak minął dzień.

Środa, 23 IX

W środę rano zaczęli wyciągać z kryjówek mnóstwo ludzi. Ci, którzy ukryli się w kominach, wychodzili stamtąd umorusani na czarno, jak Murzyni. Wszystkich zabrano na cmentarz, gdzie wykopany był grób, a obok był rów. Wszystkim ludziom kazano schodzić do rowu i tam ich rozstrzeliwano. Żydowscy policjanci wyciągali zwłoki z rowu, jeden trzymał za nogi, drugi za głowę, i wrzucali je do wspólnej mogiły. Kiedy skończyli z jedną grupą, przyprowadzali następną. Trwało to do godziny drugiej po południu. Zbrodniarze zrobili sobie przerwę do czwartej, żeby zjeść, napić się i odpocząć przed kolejną rundą mordowania.

Od czwartej do zmroku znowu strzelano ze wszystkich stron. Ludzkie zwłoki leżały na ulicach.

Wieczorem postanowiłem iść na dół, poszukać jedzenia dla dzieci i zobaczyć, co się dzieje na ulicy. Znalazłem w domu kawałek chleba i rybę i podałem swojemu bratu; powiedział mi jeszcze, że między łóżkami jest para skórzanych butów, ale ich nie znalazłem. Wyszedłem na podwórko i nagle usłyszałem odgłos ciężkich kroków, to był Ukrainiec, który zaczął krzyczeć i strzelać. Na szczęście mnie nie zauważył. Pędem wróciłem do domu, brat wystawił rękę i wciągnął mnie na strych. Między domami kręcili się Polacy, szukając tego, co jeszcze zostało do złupienia po Żydach…

 

s. 62

 

Rabin Morgensztern ginie śmiercią męczeńską

Żydowski działacz, który zbiegł z Białegostoku, anonimowo relacjonuje w żydowskiej prasie w Ameryce historię straszliwych mąk zadanych świętemu rabinowi z Węgrowa, niechaj Pan pomści jego krew, synowi błogosławionej pamięci sprawiedliwego admora [Admor (hebr.), tytuł honorowy nadawany przywódcom duchowym i uczonym talmudystom, zwłaszcza cadykom – przyp. tłum.] z Sokołowa Podlaskiego, zamordowanemu w sam Jom Kipur [Dzień Przebłagania – przyp. tłum.; w 1939 r. Jom Kipur przypadł 23 września] na miejskim rynku.

Potworna ta zbrodnia dokonana przez plugawych oprawców w jednym z okolicznych miasteczek była rzeczą niesłychaną i zupełnie niewyobrażalną. Poniżej podaję bliższe okoliczności wstrząsającej śmierci rabina z Węgrowa.

Święty, potomek świętych, pochodził z rodu rabbiego Mendla z Kocka, niech pamięć sprawiedliwego będzie błogosławiona. Sprawiedliwy rabin Jaakow Mendel Morgensztern, niechaj Pan pomści jego krew, stał owinięty tałesem, w kitlu [kitel (z jid.), długa, luźna szata w kolorze białym, zakładana przez mężczyzn m.in. w Jom Kipur – przyp. tłum.], i modlił się. Wtem nadeszła wiadomość, że plugawcy nakazali wszystkim mieszkańcom miasta – żydom i chrześcijanom – stawić się na rynku: „Nikomu nie wolno zostać w domu. Od niemowlęcia po najstarszego wiekiem, chorzy i kaleki – wszyscy mają się zebrać na rynku i niczego ze sobą nie zabierać, nawet nitki czy sznurowadła” – brzmiał nakaz. Nikt, ma się rozumieć, nie odważył się złamać rozkazu władców. Ze wszystkich domów nauki i domów modlitwy ciągnęli więc na rynek mężczyźni, kobiety i dzieci.

Tego rodzaju nakazy opuszczenia na chwilę mieszkań nie były właściwie niczym nowym. Wszyscy wiedzieli, co takie rozporządzenie oznacza – daje mianowicie hitlerowcom okazję do rabowania i plądrowania wszystkiego, co wpadnie im w ręce, bez nadmiernej fatygi.

Wszyscy stawili się na rynku. Żydzi odziani w tałesy i kitle, z modlitewnikami w rękach. Wszyscy patrzyli na środek placu, aż tu nagle z głośnika rozległ się histeryczny wrzask: „Kto będzie spoglądał w bok, zostanie rozstrzelany! Patrzcie dobrze, jak wygląda muster-sztrafe (jid. przykładna kara) dla „rabinów”, wrogów Niemiec, wszyscy muszą to zobaczyć. To tylko przykładowa kara, żebyście wszyscy wiedzieli, co was czeka za jakikolwiek przejaw nieposłuszeństwa wobec władz niemieckich!”.

Ponura groza ogarnęła zgromadzonych Żydów. Tłum uderzył w rozpaczliwy płacz, hitlerowcy rozbiegli się na wszystkie strony z pejczami i posypały się razy – za to, że płakali… Po jakimś czasie „dali spokój” nieszczęśnikom. Kiedy wyprowadzili rabina na środek rynku i kazali mu go czyścić gołymi rękami, oprawcy nie próbowali powstrzymać lamentów ludzi. Trwało to parę godzin. Rabin w sztrajmlu [sztrajmel (jid.), futrzana czapa – przyp. tłum.] na głowie zdrapywał brudy rękoma. Co raz to chłostał go batogiem inny oprawca, katowali go do krwi, a gdy tracił przytomność, chlustali nań zimną wodą i dalej bili. Po „skończonej” pracy kazano mu napełnić łajnem sztrajmel. W trakcie tej czynności rabin mamrotał coś po cichu, a potem głośno zawołał: „Panie świata, spójrz na jego postępek. Niechaj to będzie dla uświęcenia Imienia Twego!”.

Sztrajmel z łajnem wręczył któremuś ze stojących nieopodal Żydów. Tak mu nakazali. I wtedy jeden z oficerów wrzasnął: „Przeklęty Żydzie, możesz odejść, jesteś wolny”. To powiedziawszy, rzucił jeszcze: „Załóż kapelusz”. Rabin włożył upaprany sztrajmel na głowę, jak mu kazali plugawcy, i powiedział: „Niechaj to będzie dla uświęcenia Imienia!”. I w ten sposób kazano mu iść. Brudy spływały spod kapelusza po jego szlachetnej twarzy, oczy miał pełne łez. A gdy tylko uszedł parę kroków, dowódca oddziału przyskoczył do niego i dźgnął nożem w plecy. Wbijał nóż powoli, dopóki rabin nie wyzionął ducha. Ostatnie słowa tego świętego męża, z nożem wbitym głęboko między żebra, brzmiały:

„Nie patrzcie, drodzy bracia, na moje męki, nie patrzcie! To nie mój ból mnie rani – to wasz ból mnie zabija!”

Działo się to w Węgrowie w sam Jom Kipur w 5700 [1939] roku.

Stamtąd przeniesiono rabina do domu Laufmana, gdzie TOZ [Towarzystwo Ochrony Zdrowia – przyp. tłum.] urządził szpital wojenny. Otrzymał tam pierwszą pomoc, ale lekarze nie zdołali go uratować, ponieważ chorował na cukrzycę.

(Relacja przekazana przez Efraima Przepiórkę)
(„Hege”, 20 III 1940 r.)

R. Mandelbaum (Buenos Aires)
W kryjówce

Ja, nasz 65-letni ojciec i starsza siostra ukrywaliśmy się – przez półtora roku – u pewnego chłopa niedaleko Węgrowa.

Na strychu obory leżeliśmy w zimie i w lecie, cierpiąc z powodu głodu i przeraźliwego zimna. Przez pierwsze trzy miesiące chłopu udało się wyciągnąć z nas cały majątek, a kiedy nic już nie mieliśmy – kazał nam iść precz. Dzień w dzień nas ponaglali: „Wynoście się stąd, jak długo będziecie się tak ukrywać. Tylu Żydów [już] wykończyli, a wy chcecie dalej żyć?!” Nie było dnia, żeby nam nie opowiadali, że znów zabito jakichś Żydów, bo tu i tam odkryto ich kryjówki, i przy okazji pytali: „A wy jak długo zamierzacie u nas zostać? Idźcie sobie do lasu!”.

W ten sposób znęcali się nad nami przez cały czas; jedzenia od nich nie dostawaliśmy. Jedyny powód, dla którego nas stamtąd nie wyrzucili, był taki, że został nam jeszcze dom, który obiecaliśmy na nich przepisać, gdy tylko będzie można to zrobić. Pokornie obiecywaliśmy, że niczego im nie zbraknie, o ile nadal będą nas ukrywać.

Pewnego ranka chłop przyprowadził nam jeszcze dwoje ludzi, mężczyznę i kobietę, którzy uciekli z obozu. Latem ukrywali się w lesie, a na zimę przychodzili do tego chłopa, który za duże pieniądze przyprowadził ich do nas.

Kiedy Niemcy zaczęli bardzo skrupulatnie szukać żydowskich kryjówek, chłop kazał nam wynieść się na parę dni do lasu, dopóki sytuacja się nie uspokoi. Błagania mojego ojca, żeby przetrzymali nas przynajmniej do maja, na nic się zdały. Nie mając innego wyjścia, musieliśmy stamtąd odejść – bez odzieży i butów – pomimo wielkiego mrozu.

25 stycznia 1944 roku, w przeraźliwie ciemną i zimną noc, wyszliśmy stamtąd, powłócząc nogami, wyczerpani fizycznie – dosłownie skóra i kości.

 

s. 63

 

Z trudem dawaliśmy sobie radę. Podpierałem ojca, trzymając go jak małe dziecko. Szedł, powłócząc nogami, nie miał już siły chodzić, ciągnął się niemal na czworakach. Tak człapaliśmy przez całą noc. Kiedy dotarliśmy do lasu, usiedliśmy, żeby odpocząć.

Zaczynało świtać, a my byliśmy wszyscy przemarznięci do szpiku kości i mokrzy od śniegu; tuliliśmy się do siebie, żeby się rozgrzać. Ojciec położył umęczoną głowę na moich kolanach, z oczu popłynęły mu łzy. Serce mi pękało, ale nie byłem w stanie go uratować. Tylko on nam pozostał z całej rodziny, mieliśmy nadzieję, że wytrwa z nami do końca wojny i razem dożyjemy lepszych dni. Ale oto kona na naszych oczach. Smutek i ból były ogromne – lecz w żaden sposób nie mogliśmy mu pomóc. Każdy z nas wziął z sobą kawałek chleba, ale głód jakby w nas zamarł, stłumiony innymi emocjami.

Tymczasem robiło się coraz zimniej, po odpoczynku odczuwaliśmy jeszcze większy chłód. Ojciec zwraca się do nas z płaczem: czuje zbliżający się koniec i obawia się, że jego ciało zostanie porzucone na pastwę dzikich zwierząt.

Tego dnia w lesie odbywało się polowanie, słyszeliśmy wystrzały. Nazajutrz postanowiliśmy wrócić do tamtego chłopa. Ale ojciec już nie dawał rady iść. Moja siostra i ja chcieliśmy go nieść na rękach, byliśmy jednak zbyt wyczerpani, podobnie jak on, i już nie zdołaliśmy go udźwignąć. Ojciec prosił i błagał: „Idźcie sami, ratujcie swoje młode życie; doczekajcie śmierci Hitlera i krwawo pomścijcie całą naszą straconą rodzinę”. Ucałowaliśmy go ostatni raz i poszliśmy.

Moje serce obróciło się w kamień; myślami byłem przy ojcu, dręczyło mnie sumienie. Może nie powinienem był słuchać jego próśb i z nim zostać. Jak można porzucić człowieka samego w lesie, w dodatku własnego ojca?! Próbowałem zawrócić po niego, ale nie znalazłem drogi. Nigdy się nie dowiem, jak skonał mój ojciec.

Szliśmy dalej, potykając się i upadając. Z trudem dotarliśmy do chałupy tamtego chłopa, ale już bez naszego ojca.

Tamtej tułaczki po lesie i naszego powrotu stamtąd nigdy nie zapomnę.

Dr Hillel Seidman (Zajdman)
„Dobrzy sąsiedzi” – jak drapieżne bestie
(Z „Dziennika z warszawskiego getta”)

…Polacy biorą udział… w mordowaniu Żydów. Cena żydowskiej głowy: ćwierć kilo cukru! Z miast na prowincji dochodzą hiobowe wieści oraz wezwania do buntu i zemsty.

Poniedziałek, 30 listopada 1942 r.:

Dziś byłem na ulicy Niskiej. Tam znajduje się biuro Werterpassung. Jest to instytucja zorganizowanej grabieży żydowskiego mienia. Hitlerowcy gromadzą mienie deportowanych Żydów i tych, którzy [jeszcze] pozostali, i wysyłają do Niemiec. Do zbierania rzeczy zatrudniają Żydów, wielu z nich jest z Warszawy, inni niedawno przybyli z pobliskich miejscowości. Chodzę od jednego do drugiego, zagajając rozmowę z Żydami z małych miasteczek, żeby dowiedzieć się, co się dzieje w ich okolicy. Mój przyjaciel Jehuda Lejb Orlean też prosił mnie o pozyskanie od nich informacji, zwłaszcza o miasteczku Węgrów, gdzie przebywała jego żona i pięcioro dzieci. Spotykam Żyda z Węgrowa, jedynego, który przeżył ze swojej rodziny i społeczności, a on mi opowiada:

– W [dzień przed – przyp.red.] Jom Kipur, który przypadł 21 września, przybyła do miasta banda SS i nakazali wszystkim Żydom, bez względu na wiek i płeć, zgromadzić się na rynku. A kiedy wszyscy się zeszli, hitlerowcy wymordowali na miejscu starych i chorych, którzy nie byli w stanie chodzić, albo zabrali ich na żydowski cmentarz i tam pozabijali. Resztę Żydów wypędzili z miasta.

– Dokąd?

– Nie wiadomo. W to samo miejsce, gdzie wywożą wszystkich Żydów – brzmiała odpowiedź.

– A nie dało się gdzieś ukryć? – zdziwiłem się.

– O tak, niedużymi grupkami Żydzi pochowali się w piwnicach, na strychach, w lesie. Ale wtedy Niemcy ogłosili, że za każdego znalezionego Żyda dadzą ćwierć kilo cukru. I Polacy chrześcijanie – dzieci i dorośli – od razu rzucili się do przeszukiwania wszystkich dziur i szczelin, żeby znaleźć ukrywających się Żydów. Gdy znaleźli Żyda, wyciągali go siłą z kryjówki, a jeśli stawiał opór, to go dotkliwie bili i wydawali hitlerowcom. Nie pomagały żadne błagania ani łapówka: goje nie znali litości. Wyniuchali kryjówkę dwunastoletniego żydowskiego chłopca ukrywającego się na strychu. „Parszywcy” otoczyli dom, obrzucili kamieniami, poszczuli wściekłymi psami – potem usiłowali podpalić dom, aż wreszcie zmusili żydowskiego chłopca do zejścia. A gdy wreszcie zszedł, zawlekli go wiwatując na niemiecki posterunek, na oczach chrześcijańskiej ludności. Żaden Polak nie kiwnął palcem w obronie tego nieszczęsnego chłopca. Niemcy zaprowadzili chłopca na żydowski cmentarz i tam go zamordowali na oczach polskich gapiów, którzy przyszli nacieszyć oczy inkwizycyjnym przedstawieniem.

W miasteczku Węgrów nie przetrwał ani jeden Żyd. Także tych, którzy ukrywali się w lasach, chłopi wydali hitlerowcom.

(„Ha-Boker”, 26 września 1945 r.)

 

s. 64

 

Efraim Przepiórka (Tel Awiw)
Tak zginęli mieszkańcy Węgrowa

Od początku roku aż do pierwszej deportacji z miasta, ogólnie rzecz biorąc w Węgrowie nie było źle. Początkowo tylko sporadycznie zdarzały się przypadki łapania ludzi do robót i wywożenia ich za miasto; hitlerowcy bili Żydów tak bestialsko, że wielu ginęło podczas pracy, tak jak wskutek pobicia przewrócił się i umarł w czasie pracy Lejb Cebularz, a ci, którzy z tych robót wracali, byli wyczerpani, zdruzgotani na ciele i duszy.

Kiedy w mieście zaczął działać Judenrat i żydowska policja, zaczęło też „działać” łapówkarstwo. Kto dał łapówkę, nie był zabierany na roboty. Judenrat dostawał nakaz wysłania tysiąca czy dwóch tysięcy ludzi do pracy – jednak za pieniądze można było uchylić to rozporządzenie. Oczywiście pieniądze dawali wszyscy mieszkańcy. Ale poza tym życie w mieście toczyło się normalnie, uprawiano jak zwykle handel, rzemieślnicy pracowali, dostawali zamówienia od Niemców, niektórzy rzemieślnicy zdążyli się nawet wzbogacić w tamtym okresie, kiedy pracowali dla Niemców. Źle działo się tylko soferom [sofer (hebr.), skryba zajmujący się przepisywaniem zwojów Tory, mezuz itd. – przyp. tłum. ] i tym podobnym, bo ci nie mieli pracy. Tak to trwało aż do Jom Kipur [Dzień Przebłagania – przyp. tłum.], a nazajutrz, we wtorek 11 dnia miesiąca tiszri 5703 roku, tj. 22 września 1942, Niemcy zarządzili całkowitą deportację z miasta, przy czym nakaz wywózki wchodził w życie z chwilą ogłoszenia. Nastała więc chwila, kiedy sytuacja Żydów w Węgrowie stała się naprawdę groźna. Wraz z obwieszczeniem miasto zostało zablokowane i otoczone ze wszystkich stron, nie było jak się wydostać. Esesmani i Ukraińcy pilnowali, żeby nikt się z miasta nie uciekł; w ostatniej chwili paru śmiałków odważyło się podjąć próbę ucieczki, ale bezskutecznie.

Bandy morderców spragnionych żydowskiej krwi ogłosiły w całym mieście, że w ciągu piętnastu minut wszyscy Żydzi, niezależnie od wieku i płci, mają zgromadzić się na boisku, a także na rynku. W mieście wybuchła panika: co powinniśmy zrobić, jak postąpić? Ludzie byli zdezorientowani, nie wiedzieli, dokąd się udać, a przede wszystkim nie było czasu do zastanowienia; wyznaczony przez wysłanników Hitlera kwadrans szybko upływał, a tu taki dopust i nie ma do kogo zwrócić się o radę. Wiele osób, widząc, na co się zanosi, zdążyło się ukryć w różnych miejscach, na strychach, w piwnicach, a nawet pouciekało do lasów. Wtedy Niemcy ogłosili, że za każdego znalezionego Żyda dadzą ćwierć kilo cukru. Polskie dzieci i dorośli natychmiast rzucili się do przeszukiwania wszystkich dziur, żeby znaleźć ukrywających się Żydów. Gdy znaleźli jakiegoś Żyda, siłą wyciągali go z ukrycia. A jeśli stawiał opór – bili go okrutnie i wydawali hitlerowcom: na nic się zdały prośby czy łapówki, goje nie znali litości.

Tymczasem wszyscy Żydzi stawili się na miejscu zgodnie z rozkazem, a kto nie zdążył przybyć na czas, był rozstrzeliwany – w mieście było kilkadziesiąt ofiar. Mordercy biegali od izby do izby, od domu do domu, rozwalając ściany, zrywając podłogi tam, gdzie spodziewali się znaleźć ukrywających się Żydów. U Moszego Sztajnberga zburzyli prawie cały dom, zerwali podłogę, przeszukali piwnicę. Straszny los czekał tych, których schwytano w kryjówkach. W kilka chwil wielu Żydów z Węgrowa zostało do cna ogołoconych, zmuszeni do porzucenia dobytku, pieniędzy i wszystkiego, co było im drogie, musieli iść na zatracenie. Gestapowcy i Ukraińcy chodzili od domu do domu w poszukiwaniu ludzi. Kiedy przyszli do domu Żywiców, napotkali opór, młoda para bohatersko zabarykadowała się w swoim domu, nie mając zamiaru dać się wywieźć do Treblinki. I kiedy hitlerowcy podeszli do nich, zaczęła się wymiana ognia między nimi [w rzeczywistości do wymiany ognia nie doszło, gdyż Żydzi w Węgrowie nie mieli broni – przyp.red.] i Niemcami. Widząc, że rzecz się prędko nie skończy, Niemcy postanowili spalić dom. Młodzi wojownicy zdali egzamin w obliczu niemieckiej strzelaniny, ale ostatecznie dom spłonął razem z tymi młodymi (Michaelem Żywicą i jego żoną z domu Nussblat), biorącymi odwet za urządzoną przez Niemców masakrę, którzy padli pastwą ognia zbrodniarzy z bronią w ręku.

Mordercy poszli dalej i dotarli do domu Szmuela Halbersztata. On nie chciał jechać do Treblinki ani opuścić swojego domu, bo wiedział, że deportacja w nieznane miejsce to pewna śmierć dla wszystkich. Został zastrzelony na miejscu, w swoim domu, i pochowany na cmentarzu. Ale grobu nie ma, bo wszystkich zamordowanych podczas deportacji zabrano stamtąd jakieś dwa miesiące później i spalono w krematorium urządzonym w szkole przy drodze do Miedznej [w rzeczywistości w pobliżu szkoły w ramach Akcji 1005 dokonano kremacji na stalowych rusztach wiosną 1944 r.]. Dwie córki Halbersztata zostały wywiezione do Treblinki i tam zginęły siedem dni po śmierci ojca. W tym samym czasie inną rodzinę, która uciekła z miasta, zawlekli w pobliże starego bejt ha-midraszu, między synagogą a nowym bejt ha-midraszem, gdzie zginęli od kul hitlerowskich morderców. Była to rodzina Naparstków. W Węgrowie zastrzelono Chaima Lejba Sztajnberga oraz żonę jego syna Symchy razem z ich dziećmi. Żonę Chaima Lejba, młodszą córkę i syna Symchę wywieziono do Treblinki. Mordować i wytracić wszystkich Żydów – o to chodziło oprawcom.

Martwe dziecko na ulicy (w dniu deportacji do Treblinki)

Tymczasem na wszystkich ulicach leżały zwłoki węgrowskich Żydów, w całym mieście było ich pełno, a Niemcy spośród ludzi zgromadzonych na rynku wybrali grupkę, która miała pogrzebać ofiary; pochowano je w jednej ogromnej wspólnej mogile [na cmentarzu żydowskim – przyp. red.]. Węgrowscy Żydzi ze swoimi rodzinami stali w miejscu

 

s. 65

 

od rana do wieczora, nie ruszając się ani na krok, bo każdemu, kto by to zrobił, groziła kara śmierci, tak więc czekali na swój tragiczny koniec, który miał lada chwila nadejść.

A potem ruszył czarny orszak, boisko i rynek opustoszały, miejscowi Żydzi szli w tym pochodzie jak owce na rzeź, poganiani przez hitlerowską policję i oddział uzbrojonych żołnierzy. Kto pozostawał w tyle, był rozstrzeliwany na miejscu. Uzbrojeni żołnierze pilnowali, żeby uchowaj Boże nikt z idących w kolumnie nie uciekł. Reflektory oświetlały drogę przez cały czas. Zgodnie ze swoim barbarzyńskim zwyczajem Niemcy pędzili kolumnę pieszo aż do Przeździatki, na stację kolejową [tj. ok. 16 km, do Sokołowa Podlaskiego]. Okrucieństwo Niemców podczas tego marszu było niewyobrażalne, wiele osób zabito bez najmniejszego powodu; ci, którzy przeżyli, dotarli na miejsce skrajnie wyczerpani. Tam stał już podstawiony pociąg, gotowy do zabrania wypędzonych. Nie dało się stamtąd uciec, bo w każdym kącie paliły się reflektory, a żołnierze nadzorowali każdy najmniejszy ruch. Ale mimo to, kiedy pociąg jechał do Treblinki, ludzie wyskakiwali z niego i dzięki temu się uratowali. A to, co zrobiono z Żydami w Treblince, wszystkim nam wiadomo.

Po pierwszej deportacji pozostali jeszcze ludzie, którzy zbiegli na wieś i do lasów, jakieś 1500 osób, tułali się przez blisko trzy miesiące o głodzie i chłodzie, nie mogli jednak dłużej tak żyć i jeden po drugim decydowali się na powrót do miasta, aż w końcu wszyscy wrócili, a Niemcy pomogli im na powrót podjąć pracę. W ten sposób żyli w mieście przez kolejne trzy miesiące. Niemcom chodziło o to, żeby ponownie skupić wszystkich ludzi w jednym miejscu, dać im odetchnąć, a potem – druga deportacja do Treblinki. Było to 30 kwietnia 1943 roku, i wtedy nie dało się nijak uciec, bo w mieście zostało już niewiele osób i mordercy mieli wszystkich na oku. Tym sposobem wytracili wszystkich Żydów w mieście. Niemcy rozebrali wszystkie żydowskie domy i odsprzedali Polakom, synagogę kupił węgrowski ksiądz i z cegieł zbudował ogrodzenie chrześcijańskiego cmentarza. Wszystkie bejt ha-midrasze zostały rozebrane i sprzedane, ze wszystkich domów żydowskich zostało zaledwie kilka budynków wokół rynku. Po żydowskim domu nie ma najmniejszego śladu.

Przerażająca jest lista zbrodni faszystów, którzy wymordowali mężczyzn i kobiety, starców, młodzież i dzieci dlatego, że urodzili się z żydowskich matek. Hitlerowska nawałnica, która przetoczyła się przez różne kraje, dotarła również tam i świętą społeczność Węgrowa, razem ze wszystkimi Żydami, bejt ha-midraszami, instytucjami itp., zmiotła z powierzchni ziemi.
(Z „Der Tog”, 7.10.1946)

Ślub Michaela i Rywki (z domu Nusblat) Żywicy w węgrowskim getcie

 

s. 66

 

Szmul Rajzman (Kanada)
Powstanie w obozie zagłady Treblinka

4 [w rzeczywistości 2 – przyp. red.] sierpnia 1943 roku w obozie zagłady w Treblince garstka Żydów wznieciła powstanie. Treblinka, w której zamordowano miliony Żydów, miliony naszych braci i sióstr – została ostrzelana i wysadzona w powietrze!

Niemieccy i ukraińscy mordercy też po części zostali wytraceni i zabici przez tę garstkę Żydów, którzy z największym poświęceniem podjęli otwartą walkę – by zginąć męczeńską śmiercią.

Powstanie w Treblince rozświetla kartę historii naszego narodu w jego walce i wojnie przeciwko potwornemu hitlerowskiemu reżimowi. Jest to rozdział historii, który wciąż czeka na opracowanie przez historyków i naukowców.

Wszystko jeszcze żyje w mej pamięci: światło dnia 2 sierpnia 1943 roku późnym wieczorem, podczas spotkania przywódców organizacji, w świetle ognia, w którym spłonęły setki tysięcy ciał naszych bliskich – jednogłośnie podjęto decyzję: „Jutro, 2 sierpnia, uskuteczniony zostanie plan powstania”. Nigdy nie zniknie z mej pamięci tamten wieczór, kiedy zaraz po podjęciu historycznej decyzji „starszy obozu”, Zeew Kurland, najstarszy wiekiem w grupie, wstał i zduszonym od łez głosem zaprzysiągł mnie, mówiąc między innymi: „Będziemy walczyć o honor ludu Izraela do ostatniej kropli krwi”. Wszyscy obecni czuli ciężar odpowiedzialności za tę decyzję, która w tym momencie została podjęta. Odpowiedzialności za sukces powstania, które miało na celu zlikwidowanie „instytucji” zwanej Treblinką i zniszczenie piekielnej machiny, w której palono codziennie 25 000 ludzi.

Następnego dnia o świcie, kiedy wyruszyliśmy do pracy, decyzja została przekazana towarzyszom, których wyznaczono do wykonania planu, wiadomość przekazano też pozostałym zaufanym towarzyszom. Bardzo trudno jest opisać wrażenie, jakie ta decyzja wywołała w obozie. Dla nas wszystkich było jasne, że wojna, którą wszczynamy, jest rozpaczliwą walką, walką beznadziejną. Każdy, kto rozważył to w swoim sumieniu, zdawał sobie sprawę, że nikomu z nas się nie uda – nawet w najlepszym przypadku – przebić się przez uzbrojone ogrodzenie ze stalowych drutów i uciec przed ostrzałem strażników na wieżach. Każdy myślał sobie w duchu, że być może będzie to ostatni dzień jego życia, ale krzepiła go myśl, że oto nareszcie nadchodzi dzień zemsty i odpłaty, który położy kres potwornemu i gorzkiemu rozdziałowi o nazwie Treblinka. Myśl, że przynajmniej niektórzy z morderców będą musieli stawić czoło śmierci, dodawała nam odwagi, by powstać i przeprowadzić tę akcję z całą siłą i wigorem, jakie nam jeszcze pozostały.

Skąpe wieści docierające do nas o powstaniu w getcie warszawskim dodatkowo nas zachęciły, dodały nam wigoru i siły do naszego buntu: żeby niezłomnie stanąć do walki i bić się do ostatniej kropli krwi. I tak jak powstanie w getcie warszawskim było rozpaczliwe i z góry skazane na niepowodzenie, lecz zawierało ideę zemsty, choćby w niewielkim stopniu, zemsty za krew milionów – tak samo było z walką w Treblince, chodziło o zlikwidowanie tej „fabryki”, w której spalono miliony Żydów. Istniała ogromna różnica, jeśli idzie o techniczne możliwości powstania w getcie warszawskim a tymi, jakie my mieliśmy do dyspozycji. O ile powstańcy w getcie warszawskim mieli jakąś nadzieję na otrzymanie broni lub innej pomocy z zewnątrz – o tyle my w naszym zrywie musieliśmy polegać wyłącznie na własnych siłach. Dlatego plan przeprowadzenia akcji nastawiony był tylko na jedno: na całkowite zniszczenie obozu. I właściwie nie przewidywaliśmy jakiejkolwiek możliwości, by któryś z tych nieszczęśników i bojowników mógł się uchronić przed śmiercią. O samym pomyśle zniszczenia obozu rozstrzygnął też fakt, że względnie łatwiej nam było zdobyć w obozie materiał palny; natomiast zdobycie broni, która pozwoliłaby wytrwać przez dłuższy czas, żeby przejąć obóz i być może nawet się uratować – to było znacznie trudniejsze.

Godzina pierwsza po południu. Wszyscy skończyli jeść wodnistą zupę. „Komendant obozu”, inż. [Marceli] Galewski, a wraz z nim przewodniczący komitetu powstańczego po raz ostatni wyznaczyli i rozlokowali grupę ludzi. Komanda rozeszły się do pracy według wcześniej ustalonego planu. Do każdej grupy przydzielono zaufanych i przeszkolonych ludzi, którzy mieli pokierować innymi podczas akcji. Ostatni milczący i serdeczny uścisk dłoni naszego oficera był też ostatnim braterskim błogosławieństwem: aby nasze zadanie zostało wykonane rzetelnie i z poświęceniem, a także z szacunkiem dla naszego ludu. W oczach członków grup, odchodzących do swoich zadań, pojawiły się łzy, ale nie były to łzy strachu przed śmiercią ani też rozpaczy, lecz wielkiego i rozbudzonego na nowo pragnienia, by wreszcie nadarzyła się okazja do pomsty za cierpienia i męki naszych braci. Na czele każdej grupy szedł zawsze sanitariusz, dźwigając na plecach pojemnik ze środkiem dezynfekującym; ale tego dnia zamiast środka dezynfekującego, wlał do niego 25 litrów benzyny i zamiast spryskać ubrania ofiar, oblał benzyną ściany baraków. Kontakt z drugim obozem śmierci zapewniał towarzysz Wiernik [Jankiel Wiernik (1889–1972), jeden z organizatorów powstania w Treblince, autor świadectwa Rok w Treblince; zeznawał w procesach hitlerowskich zbrodniarzy, Ludwiga Fischera w 1947 r. i Adolfa Eichmana w 1961 r. – przyp. tłum.]. Kiedy otrzymał wiadomość, na jego twarzy odmalowała się radość. Jego odpowiedź była krótka: „Możecie na nas polegać”, a my dobrze o tym wiedzieliśmy, bo w drugim obozie przebywał nasz ulubiony towarzysz Želo [Želomir Bloch (zginął 2 sierpnia 1943 r. w Treblince) – słowacki Żyd, fotograf, porucznik czechosłowackiej armii, przywódca powstania w Treblince – przyp. tłum.], kapitan czechosłowackiej armii (Żyd), kipiący energią i zdolnością organizacyjną.

Wyznaczono też grupę osób, która miała wynieść broń z magazynu. Pieczę nad nimi powierzono zaufanemu towarzyszowi [Israelowi] Sudowiczowi, agronomowi z Częstochowy. Klucze do magazynu broni także znalazły się w zaufanych rękach.

Na wozach, które miały rzekomo przewozić materiały budowlane do budowy wieży wartowniczej, ale w rzeczywistości przeznaczone były do przewozu broni, zasiedli wypróbowani towarzysze, posiadający instrukcje, jak się zachować w przypadku, gdy zostanie się schwytanym.

Ostatnie przygotowania. Grupy odruchowo przystają, ludzie ostatni raz spoglądają na pobliskie pole, podczas gdy z rowów buchają płomienie i dym z palonych zwłok. To było to ostatnie, pożegnalne spojrzenie, którym rozstaliśmy się z prochami naszych bliskich, ostatni pożegnalny rzut oka na baraki, w których cierpieliśmy przez 12 miesięcy i gdzie opracowany został plan powstania.

Dziwne jest uczucie bycia skazanym na śmierć, ale po raz pierwszy, odkąd przyjechaliśmy do Treblinki, wszyscy poczuliśmy się inaczej, nie

 

s. 67

 

jak skazańcy, lecz jak ludzie, którzy są kowalami własnego losu. Poszliśmy do pracy z myślą, że już [tu] nie wrócimy, ale wiedzieliśmy, że również wielu niemieckich i ukraińskich morderców, którzy nas pilnowali, nie wróci już do swoich baraków.

Na dworze był upał. Pracowaliśmy z coraz większym niepokojem o wyniki wydobycia broni z magazynu. Każda grupa chciała dostać więcej broni niż inni. Sytuacja była bardzo napięta, ale bez żadnego strachu czy lęku przed spodziewaną śmiercią.

O godzinie trzeciej po południu podszedł do naszej grupy nasz towarzysz łącznik, Josef Honigsztejn, i przyniósł wiadomość od przywódcy Galewskiego, że naszej grupie przypadły w udziale cztery granaty ręczne, dwa karabiny i pięć pistoletów i że za chwilę broń zostanie rozdana. Grupa bojowa wyraziła zadowolenie. Miejsce do ukrycia broni też było gotowe. Kilka chwil później widzimy, że „Duży Muniek” niesie wiadro, a w nim granaty.

Pierwsza dostawa broni. Ostrożnie opróżniamy wiadro i czekamy na drugą dostawę. Doskonale wiemy, że akcja rozpocznie się od sygnału, punktualnie o godzinie 4.45. Ponownie zjawia się nasz łącznik i zawiadamia, że największą ilość broni przekazano grupie Zeewa Kurlanda w pobliżu szpitala, tzw. lazaretu, z czego domyślamy się, że dowódca postanowił przenieść środek ciężkości akcji na grupę bojową „Lazert”, w punkcie znajdującym się najbliżej drugiego obozu, żeby umożliwić trzystu towarzyszom z drugiego obozu połączenie z grupą, a równocześnie uniemożliwić Niemcom odcięcie tych towarzyszy od nas. Objaśniono nam cały plan, że po południowej stronie obozu będą trwały wali z największymi zbrodniarzami w obozie i tam zostaną zlikwidowani. Wywołało to niemałe rozczarowanie wśród ludzi z naszej grupy, którzy mieli ambicję, żeby stanąć do walki twarzą w twarz właśnie z tymi najstraszniejszymi zbrodniarzami. W miarę jak zbliżała się godzina rozpoczęcia akcji, napięcie w obozie rosło. Słabsi i niezdyscyplinowani towarzysze odłączyli się, widząc, że zbliża się śmierć, i w tej atmosferze niemiecki kierownik obozu Kütner [SS-Oberscharführer Kurt Küttner, kierownik tzw. dolnego obozu w Treblince. Postrzelony podczas powstania w Treblince, uszedł z życiem. Po wojnie został aresztowany, ale nigdy nie stanął przed sądem, zmarł w 1950 r. – przyp. tłum.] natychmiast wywęszył jak pies, że w obozie coś się dzieje. Ganiał od grupy do grupy, szukał, sprawdzał, naradzał się ze swoimi pomagierami. Na szczęście nic nie znalazł, ale widać było po nim, że czuje, co się święci. Pospiesznie odbywa się narada z kilkoma członkami organizacji: inż. Galewskim, drem Leichertem, Sudowiczem, Kurlandem i innymi, którzy wyobrażali sobie, że skoro Kütner podejrzewa, że na coś się zanosi – nietrudno będzie w dwie minuty zebrać ludzi w jednym miejscu i natychmiast ich rozstrzelać. Obawiali się, że znajdzie się ktoś słabszego charakteru i w ostatniej chwili wszystko wyśpiewa, zdecydowano się więc rozpocząć akcję natychmiast, a nie, jak wcześniej ustalono, o godzinie 4.45.

Natychmiast zostają wysłani do swoich miejsc łącznicy z wiadomościami. Nasz łącznik również przekazuje rozkaz, że wszyscy natychmiast muszą być gotowi i na dany znak rozpocząć akcję zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami. Wszyscy członkowie grupy bojowników w napięciu czekają na sygnał. Ci, którzy nie mają broni, z całych sił ściskają w rękach narzędzia pracy, a spojrzenia rzucane przez towarzyszy wyrażają pamięć złożonej przysięgi: „Będziemy walczyć do ostatniej kropli naszej krwi”. I w tym momencie w mojej głowie, jak w filmie, przewijają się obrazy wszystkich dwunastu potwornych miesięcy, a zwłaszcza ten obraz – jak wrzucają do ognia moją matkę, siostrę i brata, a także długie szeregi nagich kobiet przed komorą gazową, tulących do serca swoje dzieci – nie schodzi mi z oczu. Te dni pełne moich łez i krwi; jesteśmy pewni, że nasza akcja się powiedzie: nas ci mordercy nie zaciągną już do komór gazowych, tak jak moją żonę i nasze jedyne dziecko. Nie sprzedamy tanio naszego życia. W tej chwili nikt nie myśli o tym, że jesteśmy otoczeni przez Niemców

Masowy grób w Treblince

 

s. 68

 

i Ukraińców, na wieżach wartowniczych ustawiono ciężkie karabiny maszynowe, a przeciw nim – nasze zmagania bez cienia nadziei. Wszystkimi kieruje jedna myśl, żeby unicestwić Treblinkę razem z nami i naszymi mordercami: „Niech zginę razem z Filistyńczykami” [słowa wypowiedziane przez biblijnego Samsona wywierającego zemstę na Filistynach (Sdz 16,30) – przyp. tłum.].

Punktualnie o 3.45 – godzinę przed ustaloną porą rozpoczęcia akcji, dał się słyszeć umówiony sygnał – wystrzał z karabinu w stronę baraków, w których mieszkali zbrodniarze. I zaraz potem rozległ się potworny huk. Była to eksplozja naszych czterdziestu granatów rozmieszczonych we wszystkich kątach obozu, którymi wysadzono w powietrze składy paliwa, które kilka dni przedtem uzupełniono o 20 000 litrów; ogień szybko się rozprzestrzenił w obozie, na bardzo dużym obszarze, ogarniając niemal wszystkie zakątki. Huk wybuchów nasilał się, również magazyn broni został trafiony granatem i ziemia zadrżała od grzmotu eksplozji. W naszej grupie były już pierwsze ofiary naszych granatów. W kłębach dymu stoi nasz towarzysz Muniek i celuje do nadzorującego go Ukraińca. Trafia, tamten pada na ziemię. Wyciągają mu karabin z ręki, który wpada w ręce naszego towarzysza, wyszkolonego żołnierza, co oczywiście przynosi nam pożytek. Z okrzykami „hura!” reszta naszych towarzyszy rzuca się na strażników. Toczy się walka na śmierć i życie.

Cała Treblinka jest spowita zasłoną dymu i ognia.

W dymie i ogniu wymordowano miliony naszych braci, w dymie i ogniu zniszczona została Treblinka, razem ze zbrodniarzami. Walka trwa. Obok mnie leży w kałuży krwi mój przyjaciel Honigsztajn, nasz łącznik, w ostatnich chwilach życia krzyczy łamiącym serce głosem: „Przyjaciele, bądźcie dzielni do końca, z honorem spełnijcie swój obowiązek. Wasze żony i dzieci krzyczą i żądają od was: ‘zemsty!’”.

W oddali widzimy grupę towarzyszy z obozu drugiego, którzy przebijają się przez kordon Ukraińców i przychodzą nam z pomocą. Kalkulacja strategiczna naszego dowódcy była prawidłowa! Niektórzy towarzysze z obozu drugiego pędzą do nas, część zrywa ogrodzenie z drutu kolczastego, aby umożliwić ucieczkę pozostałym. Towarzysze walczą z największym poświęceniem. Należy zauważyć, że Niemcy, ci „bohaterzy”, którzy mieli tak wielką władzę nad nagimi zwłokami naszych żon i dzieci – byli zupełnie zagubieni wobec nieoczekiwanego powstania – i stali bezradnie. Wykorzystujemy ten moment, nie dając im szansy na pozbieranie się…

…Kłęby dymu i ogień buchający z baraków pozbawiają nas możliwości nawiązania kontaktu z przywódcą Galewskim i z Kurlandem, którzy dowodzą walką po południowej stronie obozu, jesteśmy zmuszeni polegać tylko na własnych siłach. A tymczasem śmierć pochłonęła już kilkudziesięciu towarzyszy z naszych szeregów. Pozostaliśmy jako jedyni z dwóch walczących grup; pomimo ognia z karabinów maszynowych z wieży obserwacyjnej, rzuciliśmy się do ogrodzenia i przedarliśmy przez grube druty. Niektórym towarzyszom udało się nawet wyrwać dziurę w ogrodzeniu i uciekamy do pobliskiego lasu.

Z wielką satysfakcją i radością w sercu spoglądamy za siebie – na płonącą Treblinkę, na unoszące się nad nią wysokie kłęby dymu, miejsce, w którym spoczywają prochy naszych bliskich. Nie sposób uwolnić się od tego obrazu, jak nasi oprawcy zmagali się z jej wysokością Śmiercią.

W tej samej Treblince, gdzie zgładzili miliony – „na miejscu bezprawia wymierzono sprawiedliwość” [parafraza biblijnego wersetu (Koh 3,16): „Na miejscu prawa było bezprawie, a na miejscu sprawiedliwości złość” – przyp. tłum.], w pełni wykonaliśmy nasze zadanie dla uświęcenia ludu [Izraela] i świętości Imienia Bożego. Treblinka, twierdza potwornego hitleryzmu, została zmieciona z powierzchni ziemi. Dla nas, dwudziestu dwóch osób, które przeżyły, Treblinka pozostanie symbolem męczeństwa, poświęcenia i ofiary na cześć życia. Chylimy głowy, by oddać cześć bohaterom, którzy polegli w heroicznej walce, nazwiska Galewskiego, Zeewa Kurlanda, dra Chorążyckiego [Julian Eliasz Chorążycki, lekarz, oficer WP, pierwszy przywódca ruchu oporu w Treblince. Przyłapany na przygotowaniach do nabycia broni, w kwietniu 1943 został zamordowany lub, być może, popełnił samobójstwo, żeby nie wydać powstańców – przyp. tłum.], Sudowicza, Salzberga i innych pozostaną wyryte w naszej pamięci, zawsze będziemy wspominać ich z wielką czcią. Być może ci, którzy przeżyli, pewnego dnia zdołają wrócić do domu, do Ziemi Izraela, i będą mieli sposobność, żeby imiona tych świętych poległych w Treblince podczas walki upamiętnić w Erec Israel, którą wielu nosiło w swoich sercach.

Pusty plac – miejsce, gdzie stał dom Tojwele Braczesa, w którym w 1932 r. spalono matkę z trojgiem dzieci (fot. Efraim Przepiórka)

 

s. 69

Jerachmiel Żółty (Bat-Jam, Izrael)
Na ruinach Węgrowa [*Autor niniejszego rozdziału był żołnierzem Brygady Żydowskiej, przemierzył całą Europę i przyjechał do Polski jako „żołnierz angielski”. W Łodzi przyłączyła się do niego pochodząca z Węgrowa Cypora Korona i we dwoje pojechali odwiedzić zrujnowane miasto rodzinne]

… Po dotarciu do Węgrowa, przejechaliśmy wzdłuż „rogatki”, pokonując szmat drogi, zanim zobaczyliśmy dom. Wszystko dookoła zostało zniszczone i zrujnowane. Z wielkiego wzruszenia zacząłem płakać, nie chciałem jednak, żeby ktokolwiek to dostrzegł, starałem się więc trzymać w garści.

Kiedy wysiedliśmy z samochodu na rynku – nieopodal „Ajzen-gewelben” [sklepy żelazne (jid.) – przyp. tłum.] i rozejrzałem się wokół siebie – ogarnęło mnie okropne uczucie. Co prawda wyobrażałem sobie obraz podobny do tych, jakie widziałem w innych miejscach Polski, gdzie doszczętnie zgładzono społeczności żydowskie, tym bardziej że słyszałem o tych zniszczeniach od osób spotkanych w Łodzi, ale czym innym było zobaczyć tę ruinę na własne oczy. Rozglądałem się dookoła i zacząłem sobie przypominać: tu mieszkał ten a ten, tam zaś taki a taki, przy tym kiosku gromadziła się młodzież i tak dalej. Nie wierzyłem własnym oczom, serce bolało tak, że nie miałem siły się poruszyć. Nie byłem w stanie pojąć, jak to możliwe, że stoję na środku rynku i nie słyszę ani słowa w jidysz? Nie napotykam ani jednego znajomego? Minęło wprawdzie ponad trzynaście lat, odkąd opuściłem to miasto, ale w ciągu tych kilku chwil wszystko, co zapamiętałem sprzed swego wyjazdu, przemknęło mi przed oczami i ból w sercu narastał: niemałe znaczenie miały także ciemność i śmiertelna cisza panująca wówczas na ulicy, jakby w tym mieście naprawdę nie było żywej duszy.

Jako że baliśmy się szwendać po nocy, żeby nie wzbudzać podejrzeń, udaliśmy się na poszukiwanie miejsca, w którym mieszkała rodzina Szpilmanów. Łatwo powiedzieć „na poszukiwanie” – oboje wiedzieliśmy, gdzie mieszkali, ale przy drodze brakowało tylu domów, a ruiny tak dalece oszpeciły wygląd ulicy, że trudno było to miejsce odnaleźć. Rozpytywaliśmy się też ostrożnie – nie żebym martwił się o siebie, przecież byłem żołnierzem i nikt nie musiał wiedzieć, że jestem Żydem – ale uważałem, że to mogłoby zaszkodzić panu Szpilmanowi.

Po wielu trudach znaleźliśmy ten dom i spotkało nas serdeczne przyjęcie. Zatrzymaliśmy się tam, oczywiście, na nocleg. Nazajutrz rano wyruszyliśmy do miasta. Nieszczęsne oczy, które to widziały! Wszystkie największe sklepy, dawniej należące do Żydów, teraz znajdują się w posiadaniu chrześcijan, i to akurat tych, którzy zawsze chcieli się Żydów pozbyć: duży sklep Barucha Morgenszterna, na przykład, trafił w ręce Jurczyka itd. Ruszyłem ulicą Berka Joselewicza – „ulicą żydowską”. Wiele domów zostało zmiecionych z powierzchni ziemi; drewniane chałupy – tak mi powiedziano – rozebrali węgrowscy chrześcijanie, bo nie mieli pewności, czy będą mogły pozostać w ich rękach, po czym rozpowszechniali pogłoski, że odkupili je od Niemców. Domu mojego błp. dziadka Aharona Tejlbluma, z podwórzem i składami, nie mogłem rozpoznać, ponieważ wyglądał jak jedna wielka ruina. Na tej uliczce wszystko zostało zniszczone.

Słaniając się na nogach, szedłem dalej, do samego końca ulicy. O ile dobrze pamiętam, droga ciągnęła się od rynku do końca

Dom Josefa Orzicera (zwanego Esik macher, jid. wytwórca octu) przy „Di Jatke gas” (jid. ulica Jatkowa). Po lewej stronie puste miejsce po zabudowaniach

 

s. 70

 

„Garber gas” (jid. ulica Garbarska), szło się jakieś pół godziny; teraz można było ją pokonać w kilka minut…

Przez „Cholares gesl” (jid. przejazd Hilarego) doszedłem na cmentarz. Przekonałem się, że nawet zmarłych nie zostawiono w spokoju. Tylko niewielką część można było rozpoznać jako cmentarz, a i ta była w nieładzie – inaczej niż kiedyś. Gdzieniegdzie walały się rozrzucone macewy. Po paru imionach, które udało mi się odczytać, przypomniałem sobie ludzi, którzy zmarli wiele lat temu; imiona, których nie znałem, objaśnił mi pan Szpilman. Szukałem tam swoich krewnych, ale nie znalazłem żadnego imienia czy nazwiska ani na nagrobkach, ani na ich szczątkach. Największa część cmentarza od strony młyna jest zupełnie nierozpoznawalna, bo ziemię zaorano, i widziałem też, że pasą się tam zwierzęta. Poszedłem do młyna Szatensztajna, tam też zastałem jedną wielką ruinę, miejsce wyglądało jak po pożodze…

Cypora Korona i ja usiedliśmy na moście niedaleko studni z „miękką wodą” (jid. wejche waser), którą przywożono do miasta, bo służyła do gotowania herbaty. Przypomnieliśmy sobie każdą ścieżkę i każdy skrawek ziemi z czasów, kiedy chodziliśmy się kąpać w rzece Liwiec – i wszystkiego tego już nie ma, i nigdy nie będzie! Nie chciałbym, żeby to brzmiało patetycznie, ale stawienie temu czoła wymagało psychicznego heroizmu…

Przeszedłem obok mykwy i zobaczyłem wydobywający się z komina dym – to znak, że podgrzewają wodę. Przypomniało mi to o setkach Żydów, którzy przybywali tam w szabatowe i świąteczne wieczory – ale już ich nie ma; zamiast nich kąpią się tam teraz grabieżcy i mordercy, którzy zatracili człowieczeństwo. Dotarliśmy do „Szul hojf” [jid. plac Bóżniczny]. Słyszałem i czytałem o różnych pogromach; ale w to, co tu się naszym oczom ukazało, trudno było uwierzyć. Któż z was nie pamięta Wielkiej Synagogi, starego bejt ha-midraszu i nowego bejt ha-midraszu? To miejsce jest puste i nie ma śladu po żadnym z tych budynków! Z wielkim trudem udało mi się określić, gdzie właściwie stał każdy z nich. Pozostało tylko kilka pagórków. Ustaliłem, że na najwyższym pagórku stała Wielka Synagoga. Jedyną rzeczą, jaka z niej ocalała, była pompa wodna. Poszedłem do miejsca, gdzie znajdował się Bejt ha-Midrasz Rabbiego Hillela, przy ulicy Rabbiego Hillela, ale na całej tej ulicy nie ma prawie żadnego domu, z wyjątkiem tych, które zostały zbudowane z cegły. Tylko na samym końcu, obok dawnego domu rabina Awrahama-Jehoszuy Wajntrauba, ostały się pojedyncze zabudowania. I tak krążyliśmy po wszystkich ulicach przez cały dzień, obchodząc wszystkie zrujnowane zakątki. Wieczorem wróciliśmy do mieszkania pana Szpilmana. Siedzieliśmy do późna, rozmawiając o wszystkim, głównie o mieście i jego mieszkańcach, a on opowiadał mi to, co widział i słyszał. Następnego dnia wróciliśmy do Warszawy. – – –

Sara Kaplan (USA)
Miłosierni Żydzi

Minęło wiele lat, odkąd wyjechałam – jako młoda dziewczyna – z mojego miasta Węgrowa. Od tamtej pory wszyscy przeszli bardzo ciężkie chwile, wielu bliskich mi ludzi już nie żyje; ale wciąż wracam myślami do mojego najdroższego miasta, do domu rodziców i młodzieńczych lat…

Moje dzieciństwo nie było łatwe. W wieku 5 lat zostałam sierotą; moja owdowiała matka musiała utrzymać siebie i sześcioro sierot. Żydowska ludność, stanowiąca większość mieszkańców miasta, była bardzo zżyta, wspierała się nawzajem w każdej potrzebie. Nasza osierocona rodzina była serdecznie i życzliwie traktowana przez mieszkańców miasta, którzy pomagali nam na każdym kroku. Z tego też powodu bardziej niż ktokolwiek inny miałam sposobność docenić życzliwość mieszkańców mojego miasta, którzy nieraz pozwalali mi zapomnieć, że jestem ubogą sierotą…

Ludność chrześcijańska – przeważnie urzędnicy państwowi – mieszkała w oddzielnych dzielnicach, z daleka od nas; spotykaliśmy ich tylko w szabat, kiedy po tygodniu ciężkiej pracy szliśmy zaczerpnąć świeżego powietrza.

Kiedy podrosłam na tyle, by móc unieść wiadro wody w rękach, zaczęłam pracować u rodziny „felczera” Wajntrauba, która stała się moim drugim domem; jego córki były moimi najlepszymi przyjaciółkami. Z nimi uczyłam się i spędzałam czas, spałyśmy razem w jednym łóżku, bawiłyśmy się i śmiałyśmy…

Wieczorami spacerowałyśmy razem z gromadą, włócząc się po ulicach miasteczka, z szacunkiem i podziwem oglądając dom aptekarza albo powóz burmistrza. Latem chodziliśmy do lasu zbierać grzyby i jagody.

Kiedy jeszcze bardziej podrosłam, pojechałam do Warszawy w poszukiwaniu pracy. Co dwa tygodnie przyjeżdżałam do rodzinnego miasta. Każda wizyta była dla mnie świętem i szykowałam się do niej jak na święta. Wkładałam najlepsze i najpiękniejsze ubranie, a mieszkańcy miasta cieszyli się razem ze mną z moich sukcesów i postępów. Gdy przechadzałam się po ulicach, gdzie znałam każdy kamień, otaczali mnie przyjaciele i każdy zapraszał mnie do swego domu na obiad albo na nocleg. Szewc naprawił mi za darmo buty, nie wziął ani grosza, szwaczka poprawiła coś w mojej sukience, ktoś inny poczęstował świeżym ciastem – każdy chciał mi wyświadczyć jakąś przysługę.

Moi koledzy i koleżanki dzielili się wrażeniami z książki, którą przeczytali, opowiadali o tym, co się wydarzyło i co nowego słychać w mieście; jeden mówił o przywódcy Grinbojmie [Być może chodzi o Izaaka Grünbauma (1879–1970), syjonistycznego działacza, posła na Sejm i jednego z sygnatariuszy deklaracji niepodległości Izraela – przyp. tłum.], który przemawiał w mieście, inny poinformował mnie, że dołączył do kręgu syjonistów i emigruje do Palestyny, jeszcze inny – że w mieście powstało koło dramatyczne.

Z każdą kolejną wizytą czułam, że wśród młodych ludzi z mojego miasta zachodzą wyraźne zmiany. Pod wpływem nowych wiatrów wiejących na świecie i docierających także do ich domów, rozwinęli się w sensie kulturowym i narodowym, umocniły się ich aspiracje do lepszej przyszłości. Najsilniejsi i najbardziej energiczni opuścili miasto w poszukiwaniu lepszego życia

 

s. 71

 

gdzie indziej, część wyemigrowała do Palestyny i dołączyła do budowniczych nowej ojczyzny, ale pamięć o rodzinnym mieście zachowali w sercach.

…A później przyszła okrutna wojna, która wypędziła mieszkańców mojego miasta, tak jak wielu innych ludzi, z domostw i gospodarstw. Niekiedy spotykałam któregoś z nich w warszawskim getcie, głodnego i szykanowanego, a wtedy jedyną naszą pociechą była krótka rozmowa, podczas której wspominaliśmy nasze miasto i jego drogich mieszkańców.

*

W 1943 roku zostałam wywieziona przez Niemców do obozu Majdanek, na ciężkie roboty, przez dwanaście godzin dziennie trzeba było dźwigać ciężkie kamienie. Głód i bicie – taki spotkał nas los, a do tego byłam świadkiem selekcji więźniów na prawo i na lewo – jedni na śmierć w komorach gazowych, inni do życia – życia w cierpieniu gorszym niż śmierć. W ten sposób odeszli ludzie, z którymi tam przebywałam i dzieliłam ten okrutny los.

– Polka? – spytali mnie Niemcy, bo mój podobny do aryjskiego wygląd nie zdradzał pochodzenia.

– Nie, Żydówka! – odpowiedziałam. Nie miałam już siły, żeby to dłużej znosić.

Zostałam przeniesiona do obozu w Skarżysku-Kamiennej, gdzie pracowałam w fabryce broni, broni przeznaczonej do mordowania moich współbraci. A potem były kolejne obozy: Częstochowa, Buchenwald, Bergen-Belsen, Burgau, Turkau [?], Stuttgart. Z każdą z tych nazw wiążą się masowe mordy i głębokie upokorzenia. Oto pracuję przy wyrobie broni, poniewierana, bita, na moim spuchniętym z głodu ciele roją się wszy, a mimo to dominuje we mnie pragnienie życia i odzyskania wolności, spotkania jeszcze raz moich bliskich, a przynajmniej ich dzieci.

W ostatnich dniach wojny uciekłam – razem z kilkoma innymi kobietami – z transportu. Błądziłyśmy i ukrywałyśmy się przez dziesięć dni w lesie, żywiąc się liśćmi drzew i korzonkami.

Po wyzwoleniu przez Amerykanów przez kilka miesięcy przebywałam w jakimś obozie, po czym wróciłam do Polski.

*

Pierwsze kroki skierowałam do Węgrowa, gdzie spędziłam dzieciństwo i młodość. Nikt nie wyszedł mi na spotkanie, nie posłał uśmiechu przez okno ani nie zaprosił na kolację. Wszędzie, gdzie się obróciłam, spotykały mnie wrogie i obce spojrzenia. W Węgrowie nie było już Żydów…

Uciekłam z mojego miasta i uciekłam z Polski. – – –

S. L. Sznajderman
Żydowska matka walczy o córkę

Wstrząsający ten spektakl rozegrał się niedaleko, w gmachu sądu przy ulicy Leszno w Warszawie, w budynku, który w okresie Holokaustu był łącznikiem między gettem a aryjską stroną miasta.

Po czternastu latach żmudnych poszukiwań Mira Kestenberg-Davis, obecnie mieszkająca w Miami na Florydzie, odnalazła swoją 17-letnią córkę, którą w 1943 roku umieściła u chrześcijańskiej rodziny, zaopatrzywszy w sfałszowane dokumenty, i wreszcie spotkała się z nią twarzą w twarz. Dziewczyna twierdzi jednak, że nie rozpoznaje swojej żydowskiej matki, która przybyła do niej z dalekich stron. Ma w sobie żydowski urok, czarne włosy i jasnoniebieskie oczy; tuląc się mocno do dwóch chrześcijańskich staruszek, oświadczyła w sądzie: „Nie rozpoznaję swojej matki, chcę zostać w domu z tymi dwiema kobietami, które są dla mnie lepsze niż matka”. Dziewczyna o imieniu Krysia z wykrzywioną ręką, którą można by operacyjnie wyprostować, cierpi na chorobę serca, lecz mimo to codziennie pokonuje trzy kilometry z miejsca ich zamieszkania do pociągu, którym dojeżdża do prowadzonej przez zakonnice katolickiej szkoły w Warszawie. Kierownictwo polskiego sierocińca, które (cztery lata temu) oddało dziewczynkę do adopcji dwóm chrześcijankom, teraz tego żałuje. Istnieje obawa, że została adoptowana po to, by służyć im jako pomoc i opiekunka na starość.

Sąd okazał zrozumienie w obliczu bólu żydowskiej matki, która wybuchła gorzkim płaczem. Próbował nawet przekonać opiekunki, by przychyliły się do próśb matki. Nagle dziewczyna zawołała z gniewem:

– Twierdzi, że jest moją matką. No to dlaczego oddała mnie w obce ręce?

Na nic się zdały zapewnienia nieszczęsnej matki, że oddała ją w ręce chrześcijan, bo to był jeden sposób ratunku. Stare kobiety chwyciły młodą dziewczynę pod ręce i wyszły z sali, urągając i złorzecząc matce. Warszawskie gazety dużo pisały o walce zdesperowanej matki, usiłującej odzyskać serce córki, wielu prawników stanęło po jej stronie.

W hotelu Bristol, pełnym turystów ze wszystkich stron świata, Mira Kestenberg znalazła się w centrum uwagi. Jej zawiły żydowski dramat budził głębokie współczucie. Przez wiele tygodni starała się ustalić nazwiska wszystkich rodzin i miejsca, przez które przewinęła się jej córka od chwili, gdy zmuszona była ją opuścić. Ale 26 listopada 1957 roku dziewczyna ukończy 18 lat, a wtedy żaden sądowy wyrok nie zdoła jej sprowadzić na łono matki. A zatem najbliższe tygodnie rozstrzygną o losie dziewczyny.

*

Przeżycia Miry Kestenberg-Davis należą do najosobliwszych przypadków w dziejach martyrologii żydowskiej w Polsce. Pochodziła z rodziny rabinów – była krewną rabina Brota [Brot Samuel (Szmul) (1885–1963) – rabin i działacz polityczny – przyp. tłum.], przywódcy ruchu Mizrachi [Akronim od hebr. Merkaz Ruchani, tj. Centrum Duchowe, organizacja religijno-syjonistyczna założona w 1922 r. w Wilnie – przyp. tłum.] i byłego posła na Sejm. Jej wujem był rabin Jechiel Kestenberg z Radomia, jej ojcem – znany kupiec. Ukończyła w Warszawie szkołę handlową i poślubiła w Żyrardowie krawca Davisa, który po wybuchu wojny zaciągnął się do polskiej armii, pozostawiając ją brzemienną. Dziewczynka urodziła się w listopadzie 1939 roku w koszmarnych warunkach. Nie minęło wiele miesięcy, a matka i córka zostały wypędzone przez hitlerowców razem ze wszystkimi Żydami z miasta. Przybyły do getta warszawskiego do swoich krewnych. Stamtąd kobieta uciekła do swojej siostry do Węgrowa, ale została uwięziona w obozie pracy przymusowej w Mordach. Dziewczynka

 

s. 72

 

została u swojej ciotki, która przekazała ją rodzinie chrześcijańskiej. Targana niepokojem matka zdołała wydostać się z obozu, wróciła do Węgrowa, odebrała swoje dziecko – i ostatecznie znalazła kryjówkę dla dziewczynki na wsi w domu chrześcijanina Wójcika, któremu oddała wszystko, co posiadała. To był ostatni raz, kiedy matka widziała swoją córkę.

Żydzi z Węgrowa zostali deportowani 1 maja 1943 roku [likwidacja getta odbyła się 22 września 1942 r,. a likwidacja getta szczątkowego 30 kwietnia 1943 r. – przyp. red.] na śmierć do Treblinki. Podczas ładowania ich do ciężarówek Żydzi próbowali się bronić, kilkuset zginęło z rąk hitlerowców, którzy strzelali do nich z karabinów maszynowych [opis akcji wskazuje na wydarzenia z 22 września 1942 r. – przyp. red.]. Po zmroku Mira Kestenberg wyczołgała się spod ciał pomordowanych i pieszo uciekała w kierunku Warszawy, a gdy tam dotarła, getto stało w płomieniach powstania.

Mira znalazła kryjówkę po aryjskiej stronie w domu rzeźnika, który znał jej rodzinę, i ukrywała się w jego zakładzie. Z rzeźnikiem nawiązała kontakt także siostra Miry, która pracowała w fabryce silników lotniczych w Niemczech, dzięki sfałszowanym dokumentom na nazwisko Polki, która uniknęła w ten sposób wywózki na roboty – w taki sposób uratowało się wiele żydowskich kobiet. Mira Davis w taki sam sposób trafiła do Niemiec, gdzie pracowała aż do wyzwolenia.

Gdy tylko otrząsnęła się z koszmaru wojny, pojechała do Polski na poszukiwanie córki. Okazało się, że wspomniany Wójcik mieszka w Poznaniu. Dotarła do niego bez grosza w kieszeni i dowiedziała się, że podczas polskiego powstania w Warszawie w 1944 roku dziewczynka została na podwórzu jakiegoś domu. Kobieta wróciła do Warszawy i zastała tam zgliszcza. Jednakże w pobliskim sierocińcu, prowadzonym przez zakonnice, dowiedziała się, że polski policjant przyprowadził do nich dziewczynkę o imieniu Krysia. Więcej szczegółów nie zdołała od nich wydobyć.

Tymczasem wybuchł pogrom w Kielcach, a po nim paniczna ucieczka Żydów z Polski. Mira również uciekła i wróciła do Niemiec, stamtąd w 1949 roku wyjechała do Ameryki. Dokształciła się w zawodzie i jakoś się urządziła, ale nie zaznała spokoju. Przez wszystkie te lata utrzymywała listowny kontakt z Wójcikiem, wysyłając mu pieniądze na poszukiwania zaginionej córki – bez rezultatu. Później ponownie wybrała się do Warszawy i tym razem udało jej się, po czternastu latach starań, odkryć tajemnicę losów córki. Jednakże obojętność córki wywołała w niej wstrząs – i teraz jest w samym środku starań o jej ocalenie.

Mira przez wszystkie te lata podejrzewała, że Wójcik nie ujawnia całej prawdy, bojąc się problemów; dlatego po powrocie do Polski nie skontaktowała się z Wójcikiem, lecz zasugerowała swojemu prawnikowi Davironowi (poleconemu przez ambasadę USA), by powiedział temu Polakowi, że matka dziewczynki zmarła w Ameryce i zostawiła dużo pieniędzy dla tego, kto pomoże odnaleźć jej córkę. I rzeczywiście, ta rada odniosła skutek… Wójcik nagle przypomniał sobie, że swego czasu przekazał dziewczynkę swojej krewnej Zofii Karolowej na warszawskiej Pradze. Ta poinformowała sąd, że zostawiła dziewczynkę u stróża w swojej kamienicy, a stamtąd po różnych zawiłych i skomplikowanych przejściach została ona przyjęta do katolickiego sierocińca. Wszystkie te fakty potwierdziły się. Matka zdołała nawet zidentyfikować swoje dziecko na zbiorowym zdjęciu dzieci tej placówki, a i inne ślady świadczyły bez cienia wątpliwości, że faktycznie jest to poszukiwana dziewczynka. Od zakonnic z sierocińca matka wiedziała się też o adopcji swego dziecka przez chrześcijanki, niezamężne siostry z podwarszawskiej miejscowości.

W międzyczasie matka dowiedziała się, że jej 17-letnia córka ma też narzeczonego, z rodziny adopcyjnych kobiet, chromego na jedną nogę. A ten nawet pokwapił się do matki, do jej hotelu, z prośbą, żeby zostawiła córkę w spokoju, ponieważ doznała ona wielkiego wstrząsu wskutek tego całego wydarzenia.

Pierwsze bezpośrednie spotkanie matki z córką odbyło się zgodnie ze wskazówkami adwokata, w budynku sądu. Okazało się, że dziewczyna została sterroryzowana przez dwie uparte kobiety. Powitała matkę gradem obelg i przekleństw – reakcja na cierpienie i udrękę przez czternaście lat żałoby i osierocenia. To spotkanie straszliwie przygnębiło matkę. Ale nie poddała się rozpaczy, a gdy nieco otrząsnęła się z tego koszmaru, z jeszcze większą energią przystąpiła do dalszej walki.

W Warszawie z napięciem oczekuje teraz zakończenia procesu, w nadziei, że matka odzyska córkę. Ale czas nagli, bo z chwilą ukończenia 18 lat dziewczyna nie będzie już podlegać jurysdykcji sądu…
(„Dawar”, 13.11.1957)

Relacja świadka
Skład Judenratu w Węgrowie (marzec 1940 r.)*
Przewodniczący Mordechaj Zejman z 24 starszymi, którzy pełnili rolę pośredników między [niemieckimi] władzami a Żydami

* Przewodniczącym Judenratu był Mordechaj Zejman. Jego zastępcą był Lejbusz Rubinsztejn (zięć Międzyrzeckiego), a także Hejnich Watmacher. Członkami Judenratu byli: Awraham Jehoszua Wajntraub, Szmuel Halbersztat, Bunem Ejzman, Mosze Mandelbaum (był kierownikiem sekcji pracy), Mendel Holland i Icie Szpilman byli sędziami. Od czasu do czasu wymieniano wszystkich ludzi; jedynym, którego nie wymieniono, był Mordechaj Zejman. Także komendant żydowskiej policji pełnił swoją funkcję przez cały czas, nie wymieniono go. W mieście nazywano go „Szolem Berl komendant”. Jego zastępcą był Noach Kachan.

Na początku niemieckiej okupacji, kiedy organizacja jeszcze szwankowała, nie było podziału pracy między członkami Judenratu i starszymi, pełnili oni różne funkcje w sposób doraźny. Ludzie wezwani do pracy pouciekali, więc Niemcy wyłapywali Żydów jak popadło. W kwietniu-maju 1940 roku przy Judenracie utworzono wydział pracy, na którego czele stał Mosze Mandelbojm, i zaprowadzono porządek w podziale pracy w mieście. Otwarto szkoły dla dzieci, w których uczyła się znaczna część dzieci; otwarto też kuchnię dla ubogich i rozdawano darmowe posiłki, dzięki przewodniczącemu Mordechajowi Zejmanowi. Praca w mieście nie było ciężka i robotnicy otrzymywali za nią zapłatę. Ludzie zamożni, którzy nie chcieli iść do pracy, mieli możliwość wynajęcia osoby, która pracowała za nich.

Na początku 1942 roku rozeszła się pogłoska, że budowany jest

 

s. 73

 

obóz koncentracyjny dla spekulantów o nazwie Treblinka. Któregoś razu w mieście pojawiły się doniesienia, że z miasteczka Stok [Ruski?] stu Żydów zabrano „na roboty” – ale tak naprawdę zostali oszukani i wywieziono ich do Treblinki. W tym samym czasie do Węgrowa przyjechał z wizytą inspektor pracy, żeby sprawdzić, czy ludzie pracują jak należy. Było to w marcu 1942 roku. Zapowiedział, że w Mordach powstaje obóz pracy dla Żydów z Węgrowa, i zasugerował, by zgłaszali się na ochotnika, żeby nie trzeba było siłą zabierać robotników. Przewodniczący Zejman zręcznie rozgrywał wszystkie sprawy, zawsze wręczając Niemcom podarunki i okazując im uprzejmość. Twierdził, że ten obóz będzie ratunkiem dla węgrowskich Żydów. Zebrało się i zgłosiło dobrowolnie 250 osób, inspektor obiecał, że więcej Żydów nie będzie zabierać z Węgrowa, ale żądał 500 osób, i jak mi powiedział M.W., zostali oni wywiezieni do Mord. Praca tam polegała na podlewaniu i obsiewaniu pól. Nadzorcami robót byli mieszkańcy miasta, policjanci też byli z naszego miasta. Jedzenia wystarczało, ponieważ firma zatrudniająca robotników, dawała im żywność, a społeczność Węgrowa dostarczała ponadto kilo chleba dziennie, herbatę, każdego dnia mięso i margarynę. No ale powyżej 250 osób nie było więcej chętnych do wyjazdu. Dlatego w nocy, rękami żydowskiej policji, aresztowano ludzi – i nazajutrz wywieziono ich samochodami. W mieście powzięto decyzję, żeby wysyłać tam ludzi po kolei, żeby nie musieli pracować cały czas, żeby inni byli w tym czasie wolni od robót. W związku z tym załatwiono pozwolenie na przewożenie Żydów tam i z powrotem. Było też wiele przypadków ucieczki pomimo zagrożenia, ale Niemcy zawsze żądali uzupełnienia składu robotników.

Któregoś razu inspektor zjawił się nieoczekiwanie i znów zażądał 500 ludzi. Po negocjacjach przystał na 400, a ponieważ w mieście nie było tylu mężczyzn, zgodził się, że można też wysyłać kobiety. (W mieście od dawna już zatrudniano kobiety).

W międzyczasie pracy przybyło, potrzebnych było dużo ludzi na stałe, i wtedy wprowadzono karty pracy.

Praca w obozie przeważnie polegała na budowaniu [polowego – przyp. red.] lotniska i dróg. (Było to przed napaścią na Rosję). Pracowano na trzy zmiany, za powyższą pracę otrzymywano wynagrodzenie. Roboty były ciężkie, dlatego przewodniczący odebrał mieszkańcom chleb i cukier i rozdawał pracującym przy budowie dróg. Tak to trwało do 1942 roku. Sklepy były otwarte, nie było getta, a ludność zarabiała na jako takie utrzymanie. Zdarzały się przypadki, że zatrzymywano spekulantów i wywożono do Treblinki. (Tak było w przypadku Kacawa i Eglona [mogą to być nazwiska, ale też rzeczowniki pospolite: kacaw = rzeźnik, eglon = woźnica – przyp. red.], ale obaj stamtąd uciekli).

W tym czasie wyszedł nakaz, że każdy musi oddać swoją zimową odzież; chodziło o futra. Do inspektora wezwano Mordechaja Zejmana, policjantów i starszych oraz wszystkich członków Judenratu i wszystkich aresztowano. Po czym żandarmi ruszyli do miasta i w ciągu dwóch tygodni zatrzymali kilkadziesiąt innych osób, które zajmowały się futrzarstwem, przeznaczonych na roboty. W mieście nie wiedziano, gdzie ich trzymają, po dwóch tygodniach zaczęły przychodzić listy, że są w Lublinie i ciężko pracują, i błagają o ratunek, bo nie wierzą, że kiedykolwiek się stamtąd wydostaną. Dzięki staraniom Zejmana część z nich zdołała wrócić do Węgrowa.

W tym czasie powstał obóz Treblinka 2, a miasto Kosów [Lacki] dostarczyło różne materiały do jego budowy. Ale sam Kosów [Lacki] nie był w stanie tego udźwignąć. I dlatego zwołano na zebranie przewodniczącego (Judenratu) ludzi z całej okolicy i postanowiono rozłożyć ciężar wydatków na inne miasta. Początkowo wszyscy płacili jak trzeba, ale po jakimś czasie ludzie nie chcieli płacić po dobroci i trzeba było zbierać opłaty siłą. Wielu Żydów wzbogaciło się podczas wojny, ale mimo to nie chcieli płacić swojej części należności. Przewodniczący Zejman z Węgrowa chciał, żeby wiedziano, że jego miasto też uczestniczy w tych opłatach, ale przewodniczący z Kosowa zapowiedział, że doniesie Niemcom, jakoby Węgrów odmawiał współpracy. Czekaliśmy na rezultaty.

Po jakimś czasie przybył do Węgrowa jakiś Niemiec, odstawił przerażający występ,

Żydzi z Węgrowa na robotach w obozie Klimontów, w Mordach koło Siedlec, w roku 1942

 

s. 74

 

z biczem, z wielkim psem, i oznajmił, że jest przedstawicielem Treblinki i że żydowska ludność ma się szykować na wizytę „szefa” Treblinki. Kiedy się o tym dowiedziano, wszyscy pouciekali (wszyscy członkowie Judenratu) gdzie się dało; został tylko przewodniczący Zejman, który się z nim spotkał. Przedstawiciel przywiózł ze sobą zamówienie na kwotę 1,5 miliona złotych, wszelkiego rodzaju urządzenia z fabryk i warsztatów, maszyny itp., dając siedem dni czasu, i obiecując, że jeśli wypełnią zamówienie, to Żydom z Węgrowa nie stanie nic złego, i dodał, że „wszyscy Żydzi z Węgrowa – są jego”. Przewodniczący Zejman był zadowolony, że sprawa stanęła tylko na pieniądzach.

Wszystkie urządzenia, jakie były, zostały zebrane, nawet delegację wysłano do Warszawy, żeby dokupić to, czego brakowało do skompletowania zamówienia, ale zdołali zebrać tylko jakieś 75%. Dwa tygodnie później przyjechał ten przedstawiciel, odebrał to, co zostało naszykowane, i zostawił drugie zamówienie; tak to się powtórzyło kilka razy, aż w końcu już nic się nie dało wyciągnąć od węgrowskich Żydów. Ale tamten dalej groził, że „jak zabierze ludzi – będzie o wiele gorzej”.

W Ostrowi Mazowieckiej też utworzono obóz pracy dla stu Żydów z Węgrowa, którzy wykonywali tam różne roboty. Kiedyś „szef” przyjechał z Treblinki i poinformował Zejmana, że dwóch Żydów uciekło z obozu – ale „niech się martwi, bo wszyscy tam trafią”. Wtedy jeszcze ludzie nie rozumieli, o co chodziło. Byli tacy, co wrócili do Węgrowa i opowiadali, co tam widzieli, ale nie chciano im uwierzyć. Jak to możliwe, żeby tylu Żydów się tam pomieściło?! – No i pierwsi [ludzie] pojechali do Ostrowi Mazowieckiej, sto osób. Zdarzył się taki przypadek, że syn Zejmana chciał wrócić z obozu. Odpowiedzialnym za ten obóz był Kalman Szpilman. Jego zadaniem było pośredniczyć między Judenratem i obozem. Pozostali ludzie w obozie byli przeciwni temu, że syn Zejmana miałby wyjechać do Węgrowa, bo się bali, że bez niego jego ojciec przestanie się interesować ich losem. On wiedział, że „szef” jest w Ostrowi. Udał się razem z Kalmanem Szpilmanem i dwoma innymi do niego – żeby się z nim spotkać – a wtedy złapali wszystkich czterech i zawieźli do Treblinki. Dowiedziano się o tym dlatego, że samochód, którym Kalman Szpilman pojechał do Ostrowi Mazowieckiej, wrócił, a w środku był jego kapelusz z opaską. Po rozmowie Zejmana z „szefem” powiedział mu: „Twoi dwaj synowie są pod moim nadzorem i nie masz się czego obawiać”. Oni przebywali „w Treblince 1”. Tydzień po tym wydarzeniu zlikwidowano obóz w Ostrowi Mazowieckiej – od tamtej pory wywozili ludzi do Treblinki.

W 1942 roku aż do Jom Kipur było w Węgrowie zarejestrowanych 16 000 Żydów [w rzeczywistości ok. 10 tys. – przyp. red.]. Śmiertelność była duża, z powodu tyfusu. Wszyscy wiedzieli, jakiego losu się spodziewać, i każdy zaczął potajemnie budować sobie bunkier. W tamtym dniu „akcji” [chodzi o akcję likwidacyjną w getcie węgrowskim 22 września 1942 r. – przyp. tłum.] stawiła się mniej więcej jedna trzecia mieszkańców miasta. Reszta się poukrywała. W innych miejscach „akcja” trwała tylko jeden dzień, a u nas kilka tygodni, bo ludzie się pochowali. Kiedy tych pierwszych wywieźli do Treblinki, zostało SS i Ukraińcy codziennie szukali, wywlekli kilkaset osób z kryjówek, popędzili na tutejszy cmentarz i tam ich zamordowali. Z tego, co mi opowiedział M.W., on sam schował się na strychu u Mojszego Pasmantera. Było tam dziewięć osób, mogli ich odkryć w każdej chwili. Słyszeli stamtąd głosy Żydów, okazało się, że to byli żydowscy policjanci, którzy nosili wiadra z wodą do bóżnicy, bo tam zagoniono bydło. Policjanci zajmowali się też zabieraniem towarów od garbarzy i ze sklepów, pod nadzorem Ukraińców. M.W. też miał kapelusz z opaską. Wyszedł z kryjówki i przyłączył się do żydowskich policjantów, którzy nosili wodę do bóżnicy. Po drodze spotkał członków Judenratu. Oni też mieli kapelusze z opaskami i dzięki temu przeżyli – i on też, pomiędzy nimi.

M. W. powiedział mi, że taki jeden, Żyd przebrany za Ukraińca, zorientował się, że on jest nowy, i kazał mu odejść, jak się zrobi ciemno, żeby nie był obecny na nocnym apelu. Przez cztery dni napatrzył się na straszne rzeczy. Dziesięciu ludzi, którzy ukryli się w bóżnicy, nie mogło znieść potwornego upału, jaki tam panował, wyszli – i zostali złapani. Parę dni później przyjechał „szef” i oznajmił, że nie potrzebuje już tych wszystkich policjantów, że część z nich ma się przenieść gdzie indziej – a w południe przyjechały ciężarówki, żeby zabrać towary wyniesione ze sklepów, i wezwał policjantów. Niektórzy z nich pouciekali, M. W. ukrył się w rurze kanalizacyjnej, a część została załadowana do samochodów.

Polscy żandarmi [policjanci – przyp. red.] znów zaczęli przeszukiwać kryjówki. M. W. uciekł do Mord, gdzie spotkał Żydów z Węgrowa. Przebywali tam jeszcze przez dziesięć dni, wiedząc, że zbliża się ich koniec, bo przestano im dawać jedzenie.

W dniu zagłady najpierw wezwano Mordechaja Zejmana. Żonę i dzieci schował na strychu swojego domu. W mieście wiedziano, że „szef” obiecał Zejmanowi pomoc i kazał mu podać listę całej rodziny: „Zawołaj całą swoją rodzinę, nic im się nie stanie”, a także postawił przy nich ukraińskich strażników. Ale kiedy Zejman wrócił do domu, nie zastał już swojej rodziny. Zejman postanowił uciekać. Udał się z Ukraińcami do komisarza Millera, z którym miał dobre układy, i tamten obiecał go ukryć. Potem przez kilka tygodni był w Mordach. Zejman i paru innych ludzi postanowili znaleźć sobie robotę u chłopów. Po jakimś czasie Zejman wrócił do Węgrowa, tam przebywał aż do drugiej „akcji”. Nie wiadomo, czy zmarł na zawał, czy popełnił samobójstwo. – – –

(Relacje świadków, mieszkańców miasta, którzy wyemigrowali do Izraela – notował Efraim Przepiórka)